O wpływie Rosji na Zachód i polskiej polityce wschodniej - rozmowa z dr Stanisławem Górką

Email Drukuj PDF

Agata Supińska: Panie Doktorze, jak generalnie oceniłby Pan sytuację za naszą wschodnią granicą? Obecne relacje między Polską a krajami na Wschodzie?

Stanisław Górka (Instytut Europeistyki, Uniwersytet Jagielloński): Generalnie nie jest zbyt dobrze, ale nie jest też zbyt źle. Nasza obecność na Wschodzie i nasza polityka w każdym z tych krajów jest inna, ma inny poziom powodzenia. Na Ukrainie jest stosunkowo najlepiej, ale i tak gorzej niż żeśmy się spodziewali, że będzie. Po pierwsze po rewolucji godności, a po drugie po dojściu PiS-u do władzy, bo wielu myślało, że będzie jeszcze lepiej niż za Platformy Obywatelskiej, a nie jest lepiej niż za Platformy. Na poziomie jakichś deklaracji, wielkich słów nie jest lepiej. Natomiast robi się więcej na dole takich rzeczy nienagłaśnianych, drobnych. Takich rzeczy jest dużo, jeśli chodzi o kwestie bezpieczeństwa, pomocy dla Ukraińskiej armii. U podstaw jest tego więcej niż za Platformy. Nie było natomiast żadnego przełomu, po żadnej ze stron i co rusz pojawiają się jakieś problemy, jak z Wołyniem, ale nie tylko. To nie jest jednak jedyny rodzaj problemów, bo Ukraińcy, tak jak i za każdym razem wcześniej, czyli na przykład po pomarańczowej rewolucji, nie chcą się uzależniać od Polski jako partnera czy Polski jako pośrednika. Ukraińcy, gdzie tylko mogą, to nas omijają, ku naszej dużej rozpaczy. To jest taka nie do końca odwzajemniona miłość ze strony tych u nas, którzy by chcieli żeby te stosunki były jeszcze lepsze.

Z Mołdawią za bardzo stosunków nie ma, nikt tego dalej nie uważa za ważne. Z Gruzją raczej nie ma miejsca na fajerwerki. W Gruzji mamy władzę, która nie zrobi nic antyrosyjskiego niepotrzebnie. Tutaj PiS też nic nie zmieni, chociaż wysłano tam, podobnie jak na Ukrainę, bardzo zaangażowane osoby jako ambasadorów. Ambasador Piekło i ambasador Maszkiewicz na pewno emocjonalnie czują się związani z pomaganiem Wschodowi. Ambasador Marciniak ma trochę inną rolę w Moskwie, więc tutaj tych stosunków dobrych być nie może i chyba wszyscy wiedzieli, że on nie po to tam jedzie. Natomiast na Białorusi jest lepiej, dlatego że Łukaszenko zechciał trochę pomanewrować z Zachodem i coś na Zachodzie ugrać. Ostatnio jest znowu trochę gorzej, w ramach tego lepiej. Pytanie czy to spowoduje takie pogorszenie, jak represje z grudnia 2010 roku, które doprowadziły do kompletnego załamania stosunków w 2011 roku. Na razie wygląda na to, że nie. Obie strony nie chcą, żeby się sytuacja powtórzyła i żeby tematyka łamania praw człowieka zdominowała stosunki Białorusi z Polską i Unią. Zobaczymy, bo sytuacja może się wymknąć spod kontroli, albo ktoś będzie aktywnie pracował na to, żeby się wymknęła spod kontroli, tak jak przy Janukowyczu były osoby, które w trakcie Euromajdanu aktywnie pracowały na rzecz tego, żeby było jak najgorzej.

Z Rosją stosunki są złe, muszą być złe. Była taka próba rozegrania tego trochę tak, że nie będą aż tak bardzo złe, jeśli nam oddadzą wrak. Po dojściu PiS-u do władzy, w styczniu 2016 roku odbyły się konsultacje wiceministrów sprawa zagranicznych, gdzie to zagadnienie było kwestią centralną. Myśmy Rosjan sondowali, ale oni jakoś nie zechcieli zrobić „dealu”. Nie wiadomo na czym dokładnie miałby polegać, nie wiemy, co PiS proponował w zamian za, ale do niego nie doszło. Z każdym krajem na Wschodzie stosunki są inne.

A.S.: Jak by Pan ocenił bieżącą politykę Rosji, w którym kierunku ona zmierza, jeżeli chodzi o tą stronę wschodnią.

S.G.: Rosja w tej dekadzie wreszcie odnosi sukcesy, jeśli chodzi o reintegrację obszaru postsowieckiego. Unia celna z Białorusią i Kazachstanem z 2010 roku to jest pierwsza rzecz, która się Rosjanom naprawdę dobrze udała na tym obszarze. Ani państwo związkowe z Białorusią, ani Wspólnota Niepodległych Państw, ani żadne inne organizacje nie były udane, wręcz karykaturalne. Natomiast Unia Celna po raz pierwszy się udała. Na Unii Celnej zbudowano Wspólny Obszar Gospodarczy, jako taki element przejściowy do zbudowania Eurazjatyckiej Unii Gospodarczej, która obecnie od 2015 roku istnieje. Rosjanie próbują zreintegrować kilka państw plus kolejne wciągnąć w ramy tego projektu. To jest taki projekt generalny i to się im w miarę udaje. Chociaż po tym, co Rosja zrobiła Ukrainie od 2014, pozostałe państwa są ostrożniejsze. Zarówno Kazachstan, jak i Białoruś są dużo ostrożniejsze. Nie są już w stanie z tego wyjść, natomiast nie są już tak optymistycznie nastawione, jak to było kiedy to organizowano. To jest generalna polityka rosyjska.

Oprócz tego najważniejsza jest kwestia ukraińska i Rosjanie starają się obalić obecną władzę na Ukrainie. Mogą to robić na kilka różnych sposobów. Wszystko jest otwarte, wszelkie karty są w grze. Myślę, że przede wszystkim Rosjanie liczą na to, że Ukraina załamie się gospodarczo, gdyż w gruncie rzeczy jest bardzo bliska bycia państwem upadłym. Gospodarczo Ukraina może się załamać w dowolnym momencie. Mimo, że w ostatnim roku była na plusie, to jest on jednak stosunkowo niewielki w stosunku do tego, co było wcześniej. Ludzie na Ukrainie są coraz bardziej rozgoryczeni tym, co tam ma miejsce. Korupcji nie udaje się zwalczyć, wzrostu gospodarczego na poziomie 2% PKB normalni ludzie nie odczuli po kilkunastoprocentowym skumulowanym spadku w latach 2014-2015. Tak samo jak wcześniej oligarchowie i urzędnicy nie odczuli spadku. Jedni żyją świetnie, a drudzy cierpią. To jest ta karta, na którą Rosjanie stawiają. W myśl  zasady, że Ukraina, jak ją jeszcze pouciskać, generując nowe problemy, krytykując, atakując na różne sposoby, sama upadnie. Jeśli na to nie liczyć, to Moskwie nie pozostaje nic innego, jak przyznać, że sytuacja na Ukrainie rozwinęła się nie po myśli Rosjan, gdyż nastąpił wzrost uczuć patriotycznych, wzrost przywiązania do narodowości ukraińskiej, do państwa. Poza tym prości Ukraińcy, którzy nigdy się nie zajmowali polityką, a nie są ze skrajnego wschodu, są na Rosję obrażeni: Jak Rosja mogła im, braciom, coś takiego zrobić? Jednak w grze są także inne karty. Ukraina jest non stop destabilizowana w drobny sposób, w Donbasie i nie tylko. W dowolnym momencie Rosja może zacząć operację wojskową i rozpocząć otwartą wojnę. Rosja, albo tym straszy, albo bierze to pod uwagę. Moim zdaniem i jedno, i drugie. W zależności od tego, jak się rozwinie sytuacja, oni z żadnej karty nie zrezygnują. Są zdolni do absolutnie wszystkiego.

Białoruś nie jest w takim stopniu zagrożona. Łukaszenkę się naciska i po kawałku on musi ustępować, bo jego pozycja jest słabsza. Od kilku miesięcy na największe zagrożenie dla jego władzy wskazuje się w związku z rosyjsko-białoruskimi ćwiczeniami wojskowymi „Zapad-2017” (Zachód-2017), które się odbędą we wrześniu i być może Rosja wykorzysta je, by w dziedzinie bezpieczeństwa jakoś Łukaszenkę przycisnąć. Putin non stop powtarza przez w mediach ostrzeżenia, że Rosja nie pozwoli na kolejne kolorowe rewolucje na obszarze postsowieckim. Ostatni raz w kwietniu podkreślił, że Rosja będzie przeciwdziałać, jeśli będzie zagrożenie kolorową rewolucją w jakimkolwiek z państw ODKB. Jest to Organizacja Układu o Bezpieczeństwie Zbiorowym, do którego Białoruś należy, a Ukraina nie. Słowa Putina to takie odrodzenie doktryny Breżniewa, kiedy to była mowa o zezwolimy braku zgody na cokolwiek, co by mogło być zagrożeniem dla układu państw socjalistycznych. Zagrożenie rewolucją może sprawić, że Moskwa będzie działać. Nie powiedział wprost, że wprowadzą wojska, ale wiadomo, że wszyscy będą to tak traktować i się tego bać.

Mołdawia jest na razie pozostawiona z boku, jednak na tyle sobie sama zaszkodziła, że czas gra na korzyść Moskwy. Chodzi mi szczególnie o jej elity, które deklarują prozachodniość i jednocześnie są niesamowicie skorumpowane i niepopularne ze względu na przejmowania państwa, prywatyzację państwa. Na tej fali wybory prezydenckie w 2016 roku wygrał prorosyjski polityk, Igor Dodon, mówiący wprost, że wspaniale by było gdyby Mołdawia dołączyła do Euroazjatyckiego Związku Gospodarczego i integrowała się z Rosją, Białorusią itd. Rosja liczy, że czas gra na jej korzyść. Nie trzeba nic drastycznego robić, tym bardziej, że ma niewielkie możliwości militarne, bo jest odcięta od terytorium Mołdawii przez Ukrainę. Zawsze mogą jednak liczyć na prorosyjską kolorową rewolucję i na załamanie się legalnego układu władzy w Mołdawii, która od 2009 jest rządzona pod hasłem integracji europejskiej, ma niewielkie sukcesy i jest bardzo mocno skompromitowana.

Co do państw bałtyckich, po tym co Rosja zrobiła na Ukrainie mówiło się, że bardzo realna jest interwencja wojskowa, szczególnie na Łotwie i w Estonii ze względu na znaczną mniejszość rosyjskojęzyczną. To zagrożenie jest dalej realne, Rosja może coś takiego zrobić, natomiast wydaje mi się, że teraz ma trochę mniej siły, że warunki gospodarcze ograniczają Rosję i nie może już szarżować, bo pieniądze się kończą, więc jakikolwiek dalsze pogorszenie stosunków z Zachodem byłoby zagrożeniem dla stabilności.

Rosja stawiała na destabilizację państw zachodnich, temu służyła operacja z Donaldem Trumpem, Rosja popiera Brexit, popiera Le Pen we Francji, przeciwników Unii Europejskiej w Holandii, jakąś grę rozegra w Niemczech, gdzie jesienią też będą wybory.

Dla Rosji na razie było pierwszoplanowe by zdestabilizować Unię Europejską, może nawet ją rozwalić, jeśliby się udało, rękami samych Europejczyków. Operacja nie jest skończona, może jeszcze się udać. Oprócz już wymienionych przeze mnie trzeba zwrócić uwagę, iż sytuacja we Włoszech jest dość niestabilna. Rozwój wydarzeń w Polsce też gra na korzyść Rosji, z czego są bardzo zadowoleni. My oczywiście wiemy, że tutaj dynamika jest czysto wewnętrzna. Dla Jarosława Kaczyńskiego i PiS-u sprawy wewnętrzne i oczyszczenie Polski, rewolucja kadrowo-urzędowa jest ważniejsza niż cokolwiek innego, ale nie trzeba być agentem Rosji, żeby to, co się robi, mogło być dla niej korzystne w jakichś sytuacjach. Rosjanie, nawet jak nie mają wpływowych agentów, to są w perspektywie kilkuletniej zadowoleni z rozwoju sytuacji w Polsce. Gdyby ta rewolucja coś dała, to oczywiście może wzmocnić Polskę po latach, ale równie dobrze może doprowadzić do kompletnego rozwalenia państwa. My tego nie wiemy, więc Prawo i Sprawiedliwość prowadzi bardzo ryzykowną grę, w której kwestie wewnętrzne są dużo ważniejsze niż polityka wschodnia.

A.S.: Skupmy się na wątku francuskim. Różnica między Le Pen a Macronem po pierwszej turze okazała się dosyć niewielka i nie wykluczano, że Le Pen ma szanse wygrać wybory prezydenckie. Czy to działałoby na korzyść Rosji, czy też było to jedynie przypuszczenie, które jak w przypadku Trumpa mogłoby się okazać bezpodstawne?

S.G.: Sama destabilizacja już działa na korzyść Rosji, samo podważenie wiarygodności instytucji unijnych czy francuskich. Rosja stosowała kampanię medialną, w której dziennikarze i politycy komentowali pierwszą turę wyborów we Francji bardzo ciekawie. Nie dali jednoznacznego, medialnego poparcia dla Le Pen, tak jak dawali je do końca Trumpowi. Natomiast pojawiły się komentarze, że nie ma już we Francji polityków tej klasy, co de Gaulle, Pompidou, Giscard d’Estaign czy Chirac. Francja upada, duch nie ten, elity nie te. W ogóle Zachód upada. Jest tam obecne umniejszanie pozycji Francji, pokazywanie, że nie ma ona żadnych specjalnych powodów do dumy, że politycy nie są godni zaufania. Ciężko w sposób dokładny ocenić, co to ma na celu, bo to nie jest taka prostolinijna polityka jak w przypadku Trumpa czy Le Pen wcześniej. Konsekwentnie od dnia wyborów, cały przekaz medialny rosyjski utrzymany był w takim tonie. Najprawdopodobniej Rosjanie nie odwrócili się od pani Le Pen, tylko postanowili popierać ją w sposób bardziej skryty, a media rosyjskie pracują na rzecz podważania zaufania do elity francuskiej w ogóle. W efekcie Francuzi mieli nie pójść na wybory. Pozostawała też jakaś furtka, gdyby wygrał Macron, żeby go kompletnie nie zrazić.  To taktyka, iż Le Pen i tak jest nasza, natomiast gdyby wygrał Macron, co było bardziej prawdopodobne, to nie stawiamy się jako jego zajadły wróg. To był trochę błąd w kampanii amerykańskiej. Gdyby wygrała Clinton, to ona miałaby za złe Rosjanom to, co robili w kampanii. Może teraz Rosjanie są trochę mądrzejsi, polityka jest trochę subtelniejsza i mogą przez taki umiar w przekazie medialnym coś dodatkowo ugrać.

Rosjanie na różne sposoby próbowali dyskredytować Macrona, nawet sugerowano, że jego małżeństwo z byłą nauczycielką jest fikcyjne, a on w gruncie rzeczy jest homoseksualistą. Różne rzeczy mówiono, których ani my, ani przeciętny Francuz nie wie. Le Pen natomiast mówiła wprost, że trzeba cofnąć sankcje względem Rosji. Do tego zaś wystarczy wyłamanie się Francji, bo Rada Unii Europejskiej przedłuża je co pół roku, czasem na dłużej. Same Niemcy z Angelą Merkel nie przekonają Europy, bo tych państw niechętnych sankcjom jest więcej, w tym takie jak Słowenia, której nikt u nas nie podejrzewa o specjalną prorosyjskość. Le Pen jest przeciwniczką Unii Europejskiej w takiej wersji, w jakiej ona jest i wysuwa w tym względzie postulaty trochę zbieżne do postulatów PiS-u, które są nierealizowalne. Nawet w warunkach pokoju społecznego byłoby to ciężkie, a co dopiero w warunkach takiego zamętu, jaki mamy dzisiaj w Europie. Doprowadzić to może do jeszcze większego zamętu, więc raczej nie skończyłoby się dobrze. Le Pen jest przeciwniczką euro. Wyjście Francji, jako tak mocnej gospodarki, ze strefy euro znacznie by ją osłabiło. Ona jest bardzo korzystna dla Rosjan, jednak było też wielu kandydatów korzystnych dla Rosjan w nieco mniejszym stopniu niż Le Pen. Wielu deklarowało, że trzeba złagodzić albo zmienić politykę względem Rosji. Z tych, którzy mieli duże poparcie, to Macron był wyjątkiem i nieszczęśliwie dla Rosji akurat on wygrał.

A.S.: Kontynuując wątek wspierania kandydatów, Rosja postawiła w 100% na Trumpa, jeśli chodzi o wybory w USA. Trump wygrał, ale relacje między Moskwą a Waszyngtonem nie układają się tak, jak oczekiwano? Jak Pana zdaniem te relacje będą się dalej kształtować?

S.G.: Ja bym chciał wprowadzić jedną poprawkę. Wydaje mi się, aczkolwiek nie mam twardych dowodów, że Rosja nie stawiała od początku wyłącznie na Trumpa. Raczej pierwotna kalkulacja była taka: po stronie partii demokratycznej najprawdopodobniej kandydatem na prezydenta będzie Hilary Clinton, po stronie republikanów – ktokolwiek. W zasadzie po stronie republikańskiej większość pozostałych kandydatów w prawyborach była dla Rosji niekorzystna. Na początku nikt nie podejrzewał, że Trump ma potencjał, żeby wygrać prawybory w partii republikańskiej, w tym przeciwko aparatowi partii republikańskiej, bo większość działaczy republikańskich go nie lubiła. Myślę, że Rosjanie mogli na początku kalkulować tak: w drugiej turze będzie któryś, otwarcie niekorzystny dla Rosji kandydat-republikanin, bardziej twardo linijny, kontra Clinton, która jest miękka, stawiała na koncepcją resetu z Rosją, z którą da się dogadać. Tak jak Rosjanie mieli swoich lobbystów zaangażowanych w kampanię Trumpa, podobnie było w przypadku Clinton. Tylko oczywiście w porównaniu z Trumpem, Clinton była tylko umiarkowanie prorosyjska w swoich słowach. Wybory Trump - Clinton Rosjanie wygrali, ale przede wszystkim Trump wygrał dzięki sobie i własnej kampanii. To nie jest tak, że on był jakąś kreacją Moskwy.

Gdy Trump wygrał, w Rosji zapanował niesamowity entuzjazm, na przykład na posiedzeniu Dumy Państwowej, czyli ich sejmu, zapanowała niekontrolowana radość i miały miejsce owacje na stojąco. Tak jakby Trump został prezydentem Rosji. Pojawiały się wręcz hasła, które głosiły: Trump naszym prezydentem! Byli pewni, że zwyciężyli, ale częściowo przesadzili. Rosyjskie ślady były bardzo niewygodne dla Trumpa, być sugerowały, że jest zewnątrz sterowny. Tymczasem Trumpem steruje tylko Trump, jego emocje, jego dążenia, jego pragnienia, nie ktokolwiek inny. Doszedł jednak trzeci czynnik. Trump w przeciwieństwie do Le Pen, która ma cały aparat partyjny za sobą, nie miał praktycznie nikogo. Musiał się oprzeć, bądź to na innych politykach republikańskich, z których większość nie była prorosyjska, bądź to na profesjonalnym aparacie urzędniczym, który też jest nastawiony na interes amerykański. Krótko mówiąc: Trump musiałby walczyć z całym swoim otoczeniem, bo nie miał żadnego innego. Nie miał za sobą tysięcy osób, żeby te kręgi władzy zapełnić, jak to się odbywa w Stanach Zjednoczonych. Musiał wziąć już istniejących republikanów, zaś oni byli inni niż on pod względem nastawienia do Rosji. Rosja dla niego nigdy nie była priorytetowa, w związku z czym ustąpił swojemu własnemu aparatowi. Nawet pozbył się tych najbardziej prorosyjskich osób w swoim najbliższym kręgu, bo to nie było warte realizacji innych celów politycznych. Dla Trumpa Meksyk i sprawa uchodźców jest znacznie ważniejsza niż Rosja. Dla Trumpa ważniejsze są Chiny. Miał taką koncepcję: pokażę, że jestem sprawnym biznesmanem, potrafię się dogadywać, pokażę, jak trzeba negocjować z Rosjanami, dogadam się z nimi, czego nie potrafił ani Obama, ani też nie potrafiłaby Clinton, i będziemy to mieli z głowy, po czym będziemy mogli przejść do spraw priorytetowych. W ramach tego „dealu” mogła ucierpieć Europa Środkowa i na pewno ucierpiałaby Ukraina, która dla niego absolutnie nic nie znaczy. Dla niego Rosja niewiele znaczy, a co dopiero my. Stąd też uważam, że nasze zabiegi, by być ważnym sojusznikiem Stanów Zjednoczonych, są bezcelowe, Trump w ogóle nie widzi po co mu bliski sojusz z Polską. To tak jakby teraz do Polski zwróciły się władze Suazi w Afryce i stwierdziły, że chce być wielkim sojusznikiem Polski. Nikt nie rozumiałby, po co oni są nam potrzebni. W Ameryce oczywiście administracja to może rozumieć, ale nie Trump. Po co mu w ogóle postsowiecka Europa Środkowo-Wschodnia?

Różne czynniki zagrały w ten sposób, że Trump nie okazał się być tak prorosyjski, jak się obawiano. Przede wszystkim dlatego, że dla niego to wcale nie było ważne. Logika wydarzeń popchnęła go w efekcie bardziej w stronę antyrosyjską niż by chciał. Musiał pokazać, że jest niezależny, nie siedzi u kogoś w kieszeni, nie jest marionetką Moskwy. Wszystko to pokazał.

Z drugiej strony, jeśli ktoś myśli, że Trump skoro wysłał ponad 50 Tomahawków, aby zbombardować jedno lotnisko w Syrii, to pokazał, że jest bardzo antyrosyjski i będzie taką politykę prowadził, to moim zdaniem, niekoniecznie ma rację. Po pierwsze, uprzedzono Rosjan, że atak nastąpi, a Rosjanie uprzedzili Syryjczyków, a więc nie ucierpieli oni tak mocno, jak gdyby to uderzenie było niespodziewane. Trump pokazał zdecydowanie, a następnie poprzez wysłanie sekretarza stanu Tillersona powiedział, że jest otwarty na negocjacje. Nikt nie wie, na czym miałyby polegać, bo na razie się strony nie dogadały. Minister Ławrow po spotkaniu ze swoim amerykańskim odpowiednikiem bardzo dużo mówił, tamten zaś stwierdził jedynie, że odbyły się rozmowy, są duże rozbieżności i tyle. Propozycja została jednak sformułowana, a Rosja musi to jakoś przetworzyć. Nie musi to być objaw antyrosyjskości, wręcz przeciwnie. Teraz Trump może sobie pozwolić na większy umiar względem Rosji, bo już pokazał, że nawet Tomahawki potrafi wysłać. Taki scenariusz jest całkiem prawdopodybny.

A.S.: Wspomniał pan, że Rosja będzie chciała się w jakiś sposób zaangażować w jesienne wybory w Niemczech, więc jakiego kandydata poprze Rosja, gdyż starcie rozegra się najprawdopodobniej pomiędzy Merkel a Schulzem? Jak w takiej sytuacji miałaby odnaleźć się Polska i po której stronie powinna stanąć?

S.G.: W Polsce mamy już od dawna pogląd, nawet w kręgu obecnej władzy, że opłaca się nam popierać Merkel, ponieważ jest ona lepsza niż jakakolwiek zmiana w Niemczech. Każdy inny układ będzie gorszy od obecnego. Najprawdopodobniej po jesiennych wyborach w Niemczech powstanie kolejna wielka koalicja. Dla Polski będzie korzystne, jeśli kanclerzem będzie polityk z CDU, najprawdopodobniej Merkel. To byłoby lepsze niż wielka koalicja z Schulzem na czele i o wiele lepsze niż gdyby CDU nie znalazło się w nowej koalicji. Generalnie istnieje takie przekonanie, że socjaldemokraci są bardziej przychylni Rosji, wcześniej dla Związku Radzieckiego, niż chadecy. To nie jest tak, że z faktu bycia socjaldemokratami są prosowieccy, przecież ani Schumacher, ani  Willy Brandt, ani tym bardziej Helmut Schmidt takimi nie byli. Ani Schröder też taki nie był. W jego czasach ani Rosji nie uznawano za zagrożenie, ani Nordstreamu. W tej ostatniej kwestii Niemcy w ogóle Polaków nie rozumieli.

Wracając jednak do nadchodzących wyborów, myślę, że nawet gdyby Rosjanie wspierali słabsze siły polityczne: Alternatywę dla Niemiec (AfD) czy Zielonych z Postkomunistami ze względu na postkomunistów, są w stanie wpływać na debatę publiczną w Niemczech. W efekcie akcenty w tej debacie przesuną się w stronę, która dla Rosji jest korzystna. Może więc być tak, że nawet jeśli wygra ten sam układ polityczny, który jest obecnie, to po wyborach nie będzie on już taki sam, będą nieco inne tematy przewodnie. Wygrają ci sami politycy, ale będą zobowiązani zmienić swoją politykę, ze względu na przebieg kampanii wyborczej.