Katalońska łamigłówka - rozmowa z dr Bartoszem Kaczorowskim

Email Drukuj PDF

O historycznych stosunkach katalońsko-hiszpańskich, postawie Mariano Rajoya i możliwym rozwoju sytuacji na wschodzie Półwyspu Iberyjskiego rozmawiał z nami dr Bartosz Kaczorowski, adiunkt w Katedrze Historii Powszechnej Najnowszej Uniwersytetu Łódzkiego, zajmujący się badaniem historii Półwyspu Iberyjskiego oraz dyplomacji lat 1939-1945, autor książki Franco i Stalin. Związek Sowiecki w polityce Hiszpanii w okresie drugiej wojny światowej.

Jak to się stało, że Katalonia stała się częścią Hiszpanii i jak ich wzajemne stosunki układały się na przestrzeni lat?

Państwo hiszpańskie jest tworem dosyć nowym, bo XV–wiecznym. Wcześniej – tj. przed unią Kastylii i Aragonii – o jego istnieniu mówić nie można, choć warto podkreślić istotny epizod w historii, kiedy Półwysep Iberyjski był zjednoczony w okresie tzw. Królestwa Wizygotów (V-VIII wiek). Co ciekawe, jego pierwszą stolicą była Barcelona, a dopiero później przeniesioną ją do Toledo, co uwidacznia wagę wschodniej części Półwyspu Iberyjskiego. Wraz z unią możemy mówić o Hiszpanii w sensie nowożytnym, w podobnym do dzisiejszego kształcie terytorialnym.

Katalonia z kolei w przeszłości nie miała poważniejszych doświadczeń państwowych. Istniało średniowieczne hrabstwo Barcelony, jednak było ono feudalną efemerydą, tak jak księstwa śląskie czy mazowieckie w przypadku historii Polski. Ruch nacjonalistyczny zaczął się kształtować pod koniec XIX wieku. W 1901 roku powstała pierwsza organizacja nacjonalistyczna pod nazwą Liga Regionalistyczna. Co ciekawe, nie zakładała ona niezależności Katalonii, a prymat wiodła idea ,,wielkiej Katalonii w wielkiej Hiszpanii”. Członkowie tego ruchu czuli się zarówno Katalończykami, jak i Hiszpanami. Co więcej, uznawali nawet, że dobro państwa jest tożsame z dobrem ich małej ojczyzny – Katalonii. Sam separatyzm kataloński jest zjawiskiem dość młodym. Pierwszą poważniejszą próbę usamodzielnienia się podjęto w roku 1934, czyli w okresie rewolucyjnym, podczas II Republiki. Proklamowana wówczas Republika Katalońska nie miała zbyt długiej żywotności, bo ledwie kilkugodzinną. Ówczesny przewodniczący Generalitat, Lluís Companys, został aresztowany i w ten sposób zakończyły się losy tego niepodległego tworu. W okresie frankizmu wszelkie swobody polityczne i kulturowe były bardzo ograniczone, dla Katalończyków nastąpił więc wyraźny regres w śmiałości do podejmowania jakichkolwiek dążeń do uzyskania autonomii, w porównaniu z latami przed wojną domową.

Zostańmy zatem w okresie reżimu Francisco Franco. Jak wyglądały relacje i stosunek do Katalonii w tym okresie?

Czasy frankizmu były dla Katalonii trudne. Sama ówczesna wizja polityczna zakładała España una, grande y libre, czyli istnienie ,,jednej, wielkiej i wolnej Hiszpanii”, co stało w zdecydowanej sprzeczności z lokalnymi tradycjami, silnymi na tyle, że w kontekście historycznym mówiono nawet o las Españas, czyli Hiszpaniach w liczbie mnogiej. Stąd prześladowanie języków lokalnych w Katalonii, czy w Kraju Basków. Choć promowano język hiszpański jako oficjalny, nie znaczy to jednak, że używanie języka katalońskiego było zabronione. Warto zauważyć, że po stronie generała Franco w okresie wojny domowej stanęli m.in. przedstawiciele Ligi Regionalistycznej, z Francescem Cambó na czele, czy Eduard Marquina, autor pierwszych słów do hymnu Hiszpanii Marcha Real. Nawet najsłynniejszy Katalończyk ówczesnej doby, Salvador Dalí, miał dobrą opinię o reżimie frankistowskim. Niekoniecznie więc sytuacja była tak zła, jak niektórzy Katalończycy mają tendencje podkreślać, aczkolwiek nie ulega wątpliwości, iż Katalonia jako jedno z ostatnich terytoriów zajętych przez wojska frankistowskie, zmagała się z trudną sytuacją po 1939 roku. Niezaprzeczalnie, swobody kulturowe i językowe były bardzo ograniczone.

Czy obecne działania Katalończyków mają związek z tymi wydarzeniami, czy jest to zupełnie odrębna kwestia związana z polityką rządu hiszpańskiego?

Bez wątpienia zwolennicy separatyzmu mają tendencje do podkreślania ciągłości ideowej z tamtymi wydarzeniami. Nawet odwołują się do okresu średniowiecza, kiedy to ich zdaniem zaistniała państwowość katalońska. W propagandzie ugrupowań separatystycznych zauważyć możemy więc silne odwołania do przeszłości, a edukacja w szkołach katalońskich także odbywa się w tym nurcie ideowym, co wywołuje zrozumiałe kontrowersje. Jeżeli jednak spojrzymy na dzieje Katalonii po upadku reżimu frankistowskiego, zauważymy że hiszpańska konstytucja z 1978 roku została najlepiej przyjęta właśnie w Katalonii. W referendum, które tam się odbyło, poparcie dla konstytucji wyniosło ponad 90%. Nie było więc nieustannej kontestacji działań rządu centralnego. Katalończycy byli zdecydowanie zadowoleni z przemian, jakie miały miejsce po upadku dyktatury, a lata 80. i 90. cechowała dość dobra współpraca Katalonii z rządem w Madrycie. Zdarzały się nawet przypadki, kiedy partie katalońskie wspierały rządy centralne, umożliwiając im jednocześnie zdobycie większości parlamentarnej. Tak było m.in. w 1996 roku, kiedy José María Aznar z Partii Ludowej uzyskał inwestyturę na stanowisko premiera właśnie dzięki poparciu Katalończyków. Odwrotna sytuacja miała miejsce w roku 1999, kiedy Partia Ludowa wsparła Jordi Pujola w parlamencie katalońskim. W historii miały więc miejsce okresy współpracy bez zdecydowanej kontestacji, choć w ciągu ostatnich lat nacjonalizm i hasła separatystyczne przybrały wyraźnie na sile. Jeszcze dziesięć lat temu zapewne mało kto by pomyślał, że to rząd Katalonii będzie tak zdecydowanie domagać się niepodległości. Bardziej spodziewano się w tym aspekcie uaktywnienia Kraju Basków, który dysponuje ruchem separatystycznym o silniejszych tradycjach. Ostatnie zmiany w polityce katalońskiej, jak i sposób, w jaki rząd w Madrycie jest odbierany przez Katalończyków, sprawiły, że tendencje separatystyczne uległy wzmocnieniu.

Jak zatem odczytywać zachowanie Katalończyków, którzy większościowo zadecydowali o odłączeniu od Hiszpanii, a jak tych, którzy wyszli na ulice, by zamanifestować swoje poparcie dla pozostania w jedności z państwem hiszpańskim? Czy wynik głosowania wynikał z niedoinformowania Katalończyków, co wiąże się z separacją od Hiszpanii?

Z entuzjazmem wobec wyników referendum i ich wiarygodności należy się wstrzymać, ponieważ było ono nielegalne – na jego przeprowadzenie nie wyraził zgody rząd w Madrycie i Trybunał Konstytucyjny, a trudno organizacyjnie przeprowadzić referendum bez zgody i zaangażowania czynników państwowych. To z 1 października 2017 r. pewnością do uczciwych nie należało. W dniu referendum Generalitat podjęła decyzję o umożliwieniu głosowania we wszystkich okręgach wyborczych, a nie tylko w tym jednym, do którego się było przypisanym, co naturalnie rodziło możliwość oddania więcej niż jednego głosu. Ponadto akcja policyjna bez wątpienia nie ułatwiła przeprowadzenia procesu wyborczego. Natura tego referendum, uznanego za nielegalne, również sprawiła, że ci, którzy nie byli zwolennikami odłączenia się od Hiszpanii, pozostali w domu. Dlatego wynik ten jest niemiarodajny, aczkolwiek poparcie dla separatyzmu w Katalonii wydaje się spore. Trudno określić dokładniej, jak może ono wyglądać procentowo, ponieważ oficjalne referendum najprawdopodobniej nie zostanie przeprowadzone. Zwolennicy pozostania w jedności z państwem hiszpańskim mówią, że są tzw. milczącą większością, która swojego przywiązania do Hiszpanii nie manifestuje i nie wychodzi na ulice. Pod tym względem wspomniana manifestacja z niedzieli 8 października zmieniła bardzo dużo. Przede wszystkim, uświadomiła międzynarodowej opinii publicznej, że istnieje bardzo silna grupa Katalończyków, którzy są zwolennikami jedności z Hiszpanią. Spora część Katalończyków czuje się jednocześnie Hiszpanami i tę spójność podkreśla. Warto podać chociażby przykład przemawiającego na tej manifestacji byłego przewodniczącego Parlamentu Europejskiego – Josepa Borrella czy też lidera partii Obywatele Ciudadanos – Alberta Rivery, który jest zdecydowanym zwolennikiem twardej linii względem separatyzmu katalońskiego.

Jak zatem obecność silnej grupy zwolenników pozostania Katalonii w granicach Hiszpanii wpływa na rząd w Madrycie? Czy to właśnie za sprawą tej grupy premier Katalonii zwleka z podejmowaniem jakichkolwiek ostatecznych decyzji?

Polityka Madrytu względem Katalonii nie jest zdecydowana. Partia Mariano Rajoya absolutnie nie należy do grona jastrzębi w Kortezach, jest nawet z tego powodu krytykowana przez liberalną partię Ciudadanos. Zbyt często mamy tendencję do postrzegania polityków Partii Ludowej jako ideowych potomków generała Franco i spodziewamy się po nich zdecydowanych postaw względem Katalonii, tymczasem obecna sytuacja wygląda zupełnie inaczej. Mariano Rajoy wzbraniał się z jakąkolwiek interwencją, chociaż miał ku temu odpowiednie narzędzia, m.in. art. 155 Konstytucji, którego wprowadzenie zawieszałoby władze Generalitat i wielu doradzało mu zastosowanie tego rozwiązania jeszcze przed planowanym referendum z 1 października, m.in. socjaliści z partii opozycyjnej, z byłym premierem Felipe Gonzálezem czy byłym wicepremierem Alfonso Guerrą. Grono zwolenników twardego kursu wobec Katalonii jest więc szerokie, jednak nie ma w tym gronie Mariano Rajoya. Wraz z upływem czasu i ze zdecydowaną i niekoncyliacyjną postawą przewodniczącego Generalitat, art. 155 najprawdopodobniej i tak zostanie uruchomiony.

Kilka elementów sprawiło, że proces separatystyczny nieco wyhamował. Przez pierwsze dni października temat separatyzmu z impetem zyskał sympatię opinii publicznej, a za sprawą interwencji policji sprawa katalońska się umiędzynarodowiła. Późniejsze wydarzenia pokazały tym Katalończykom, którzy chcieliby secesji, że procedura tak prosta nie jest. Masowa ucieczka firm do innych regionów autonomicznych unaoczniła władzom Katalonii, ile za niepodległość trzeba będzie zapłacić i że niekoniecznie będzie ona opłacalna. Nie spełniły się też nadzieje niektórych, że król Filip VI stanie się mediatorem między dwiema stronami, przeciwnie – to on był pierwszym politykiem, który tak zdecydowanie nawoływał do poszanowania Konstytucji, gdyż sam Mariano Rajoy jeszcze w dniu referendum przekonywał, że jego drzwi są otwarte do dialogu. Na brak dalszych działań Generalitat wpływ miały także manifestacje „milczącej większości” z 8 października oraz najważniejsze – brak szerszego poparcia z zewnątrz. Społeczność międzynarodowa, w tym Komisja Europejska, jednoznacznie oświadczyła, że problem Katalonii jest wewnętrzną sprawą Hiszpanii. Jeżeli Katalonia usamodzielniłaby się, wówczas cały proces integracji z Unią Europejską musiałby się rozpocząć od nowa. To pokazało, że koszty secesji będą bardzo wysokie.

Jaki zatem według Pana będzie dalszy rozwój sytuacji?

Wszystko zależy od nastawienia opinii publicznej. W chwili obecnej mamy do czynienia ze swego rodzaju polityką epistolarną, tzn. Carles Puigdemont i Mariano Rajoy piszą do siebie listy dotyczące tego, czy Katalonia ogłosiła swoją niepodległość czy też nie. Przewodniczący Generalitat został zobligowany do jednoznacznej odpowiedzi, takowej jednak nie udzielił, grożąc jedynie Madrytowi, że w razie zastosowania art. 155 dojdzie w Katalonii do pełnego głosowania nad deklaracją niepodległości. Na ten moment deklaracja jest podpisana przez parlamentarzystów, jednak została zawieszona przez decyzję Puigdemonta. Tak naprawdę rząd w Madrycie ma niewielkie możliwości. Jeżeli którakolwiek z partii – może z wyjątkiem lewicowej Podemos z jej specyficznym elektoratem - zgodzi się na znaczne ustępstwa wobec Katalonii, np. na zorganizowanie legalnego referendum, będzie musiała się liczyć z poważnym spadkiem poparcia w sondażach. Myślę, że możemy się spodziewać, iż artykuł 155 będzie powoli uruchamiany. Zapewne rząd zdecyduje się na przejęcie tymczasowo kontroli nad Katalonią, jednak nie będzie to centralne zarządzanie, jak chociażby w przypadku Ceuty czy Melilli w północnej Afryce, ale powstanie coś w rodzaju technokratycznego rządu pełniącego funkcję administracyjną, sprawującego władzę do czasu wyborów lokalnych. Stanie się tak, jeżeli Puigdemont nie zdecyduje się na przywrócenie porządku konstytucyjnego, na co niewiele wskazuje, gdyż elektorat secesjonistów jest również dość silny, a całkowita rezygnacja z niepodległości byłaby decyzją bolesną politycznie. Trzeba też pamiętać, że w Katalonii funkcjonuje silna partia ulicy, czyli Kandydatura Jedności Ludowej – radykalna lewica, zdecydowanie niepodległościowa, która będzie naciskać na rząd kataloński. Możemy się zatem spodziewać w najbliższym czasie ciężkiej wojny pozycyjnej. Już teraz wiemy, że straty gospodarcze wynikłe z obecnej sytuacji będą bardzo poważne. Będziemy mieli do czynienia z destabilizacją tamtej części Europy, co bez wątpienia jest dla Polski bardzo złą wiadomością.

Pozostaje nam zatem czekać na rozwój sytuacji i mieć nadzieję, że obie strony jak najszybciej dojdą do porozumienia.

Porozumienie byłoby najlepszym rozwiązaniem, ale do tego potrzebna jest wola polityczna po obu stronach. Istotne jest też to, co rząd w Madrycie jest w stanie zaoferować drugiej stronie, gdyż nie może spełnić żądań, jakich Katalonia się domaga. Jeżeli Generalitat nie zrezygnuje z haseł o usamodzielnieniu się, nie będzie miejsca na jakąkolwiek dyskusję. Jeśli zaś umiarkowane stronnictwa katalońskie znacznie obniżą swoje żądania, wówczas może powstać płaszczyzna dla porozumienia. Kartą przetargową mógłby być np. Pakt Fiskalny dla Katalonii, którego domaga się ona już od kilku lat, a który dałby jej dużo większą samodzielność w sprawach finansowych, niemal niezależność. Pakt ten uprawniałby Katalonię do zbierania podatków bezpośrednio od swoich mieszkańców, jednak kosztowałby budżet centralny aż 13 mld euro rocznie, a to byłoby dla zmagającej się z kryzysem hiszpańskiej gospodarki niezwykle bolesne. Możliwości są bardzo ograniczone, jednak sprawy międzynarodowe nieraz nas zaskakiwały, więc może i w tej sprawie pozytywnie się rozczarujemy.

 

Rozmawiała Agata Supińska

Wywiad przeprowadzony 19 X 2017 r.