Anglia i Polska

Stanisław Egbert Koźmian

Stanisław Egbert Koźmian

Stanisław Egbert Koźmian

(1811-1885), tłumacz (m.in. Szekspira), poeta, dramaturg, krytyk literacki, publicysta o poglądach konserwatywnych, znawca stosunków brytyjskich.

Że równie rząd jak lud angielski szczerze pragną przywrócenia Polski w dawnych jej granicach, o tym wątpić się nie godzi. Ale między życzeniem a czynem, między przekonaniem a gotowością w pomocy i poświęceniu, ogromna leży przestrzeń. W sprawach zagranicznych, osobliwie takich, które ani się bezpośrednio Anglii tyczą, ani się jej naglącymi wydają, wszelki krok stanowczy czy w słowie, czy w czynie zawisł zupełnie od rządu. Wprawdzie naród wpływa nań naprzód tym niewyraźnym i często trudnym do odgadnienia głosem, który, jak daleki huk morza w nocy, nie wiedzieć, czy przed ranem ucichnie, czy gwałtowną burzą zaryczy, a który zwie się opinią publiczną, następnie jawniej już przez mityngi i dziennikarstwo, w końcu zaś najdobitniej przez parlament. Ale rząd ma tysiączne sposoby, by się usunąć spod tej kontroli lub zmylić jej śledcze oko. W rokowaniach z zagranicznymi państwami zwykle on rozstrzyga wszelką trudność wprzód nim naród zdoła się obejrzeć i zrozumieć ją.

Stanisław Egbert Koźmian

Stanisław Egbert Koźmian

(1811-1885), tłumacz (m.in. Szekspira), poeta, dramaturg, krytyk literacki, publicysta o poglądach konserwatywnych, znawca stosunków brytyjskich.

Ministrowie, skoro w izbach zostaną przyparci zbyt natarczywymi pytaniami, zasłaniają się najczęściej potrzebą ostrożności i tajemnicy. Porównywano dyplomację do miltonowskiego[1] szatana, który w ciemności ukryty podróżuje naokoło świata, całą swą zręczność na to wytężając, by gdzie białego dnia nie zarwał. Dyplomacja angielska jest prawdomówniejszą i jawniejszą niż w innych krajach, ale gdzie indziej to rewolucje, to gwałtowne zmiany gabinetów, to wreszcie sprzedajność lub gadatliwość wywiodą często na wierzch tajemnice stanu, tu zaś prawość i przyrodzone Anglikom milczenie stoją na straży dyplomatycznego skarbca. Od lat dwudziestu przyjaciele nasi na próżno pukają do jego podwojów po korespondencję, która zaszła między Anglią i Rosją względem Polski w 1831 i 1832 roku. Z tych, co ją czytali jeden tylko Fergusson[2] wspominał o niej, przyznając się, że w mowach swych głównie posługiwał się argumentami, które znalazł w depeszach Palmerstona[3], a uderzał w te, które Rosja naprzeciw nim stawiała.

W ostatecznym razie ministrowie mają zawsze skuteczny środek na powściągnięcie zapału narodowego w zagrożeniu, że jeśli się w swej natarczywości nie pohamuje, to będzie wojna, a z nią upadek handlu. Zresztą nic łatwiejszego, jak baczność ludu angielskiego odwrócić od spraw zagranicznych poruszeniem jakiej ważnej kwestii wewnętrznej.

W 1831 i 1832 reforma parlamentarna tak go wyłącznie zajmowała[4], że o resztę świata zdawał się nie troszczyć. Jeśli przeto głównie polegać nam wypada na postępie, który sprawa nasza tak widocznie czyni w przekonaniach narodu angielskiego, to nigdy z uwagi nie trzeba spuszczać, że w nagłym jakowym razie kierunek polityki tego kraju, przynajmniej w początkach, nie tyle od opinii publicznej, co od usposobienia ministrów zależeć będzie.

Każdy rząd w stosunkach z państwami zagranicznymi musi się opierać na traktatach, powoływać na akta i depesze czy przez siebie, czy przez swych poprzedników wydawane, i trzymać się o ile może tradycji politycznych swego kraju. Rząd angielski, od dwóch blisko wieków w kształcie swym ustalony, wolny równie od zbyt gwałtownego nacisku z góry, jak z dołu, posiada pewniejsze tradycje i stalszą rutynę niż którekolwiek inne mocarstwo w Europie. Ministerstwa często się zmieniają, ale prawie nigdy z powodów zewnętrznej polityki, bo choćby ku temu istniały pozory, to niezawodnie kryją się pod nimi kwestie spraw wewnętrznych. Władza wciąż po kolei piastowana przez wigów lub torysów, niemal wyłącznie przywiązana do wielkich rodzin arystokratycznych, przewodniczących jednemu lub drugiemu z tych stronnictw, nabrała nawyknięć, które z czasem stały się prawidłami. Do ich ustalenia przykłada się nawet sama częstotliwość zmian gabinetowych, bo minister dziś zawiadujący wydziałem spraw zagranicznych, wiedząc, że jutro może będzie musiał oddać tekę swemu przeciwnikowi ze wszystkimi jej tajemnicami, a za parę miesięcy znowu na urząd powrócić, baczy najtroskliwiej na ciągłość i jednostajność polityki wobec państw obcych. W każdym też kroku stanowczym minister in esse [rzeczywiście istniejący] porozumiewa się z ministrem in posse [potencjalnym]. W sprawach zewnętrznych wigowie bardzo często uciekali się po radę do Wellingtona[5]. Nie należy brać miary z tego, co ministrowie na odstawce mówią, prowadząc w Izbach szyki opozycji. Są to tylko manewry i podstępy wojenne, niekiedy rapidis ludibria ventis [igraszka gwałtownych wichrów]. To grunt, jaki czynią oświadczenia i jak działają na urzędzie, a w tym oba stronnictwa jednych trzymają się zasad. Z tych reguł dość będzie przypomnieć owe tylko, które na naszą sprawę wpływ czy zły czy dobry wywrzeć mogą.

Rząd pragnie zawsze pokoju, bo przede wszystkim ma na uwadze interes, a głównym Anglii interesem jest pomyślność handlu. Kiedy handel kwitnie, kiedy budżet okazuje znaczną przewyżkę w dochodach, wtedy kraj jest spokojnym i zyski swe mądrości ministrów przypisuje. Mimo tego przywiązania do pokoju, z hańbą upadłby natychmiast rząd taki, który by nie powetował od razu krzywdy zadanej banderze swego narodu lub ociągał się z wojną ilekroć jakie zawikłanie zewnętrzne grozi upadkiem handlowi w którymkolwiek z głównych jego żywiołów. Jako kupcząca z całym światem, Anglia nie ma żadnych szczególnych ani pociągów, ani wstrętów ku pojedynczym narodom. Rząd też stara się być ze wszystkimi w zgodzie, ale skrzętnie unika ścisłych sprzymierzeństw z obawy, aby go te nie wciągnęły w jakie zawikłania. Woli być rozjemcą niż sojusznikiem. Handel i potężna marynarka stawia Anglię w bliższych stosunkach z tymi narodami, które posiadają morskie wybrzeża, ale też ją naraża na częstsze z nimi zatargi. Nie ma tak drobnej zwady ani tak lichego awanturnika, dla których by rząd nie podjął broni, ilekroć idzie o danie nauki światu, że każdemu Anglikowi na obcej ziemi dostateczną powinno być tarczą przeciw wszelkiej krzywdzie i obrazie, gdy powie: jestem Anglikiem – civis romanus sum [jestem obywatelem rzymskim][6]. W razie wojny rząd działa szybko, ledwie się zamierzy, już uderza, trzymając się niezmiennie zasady, że wielki naród prowadzić małej wojny nie powinien. Oczywiście, im łatwiejszy gdzie ma przystęp dla swej floty, tym prędzej i silniej gromi. W każdym razie woli z pokładu swych lewiatanów pustoszyć nadbrzeżne miasta i osady, niż na ląd wojska wysadzać. Jeśli zaś tego uniknąć nie może, nigdy swej armii w głąb kraju nie zapuszcza. Żołnierz angielski najdzielniej walczy na widoku swych okrętów, i tak wzrasta przysuwając się do morza, jak Anteusz wzmagał się przypadając do ziemi. Wodzowie kierują ruchami armii jak najbliżej brzegów, zawsze sobie najtroskliwiej odwrót ku morzu zapewniając. Tak było w wojnach napoleońskich, tak w Belgii i Hiszpanii. Zgoła, na wpływ i działanie Anglii tam tylko bezpiecznie rachować można, dokąd morze dopływa i gdzie rozpostarł się jej handel. Niejeden też z ministrów mówił nam: „Gdyby Polska miała tak rozległe wybrzeża jak Turcja i Włochy, już dawno byłaby wolną”.

Inaczej się dzieje w kwestiach, w których Anglia nie jest bezpośrednio interesowaną. Wtedy rząd na wszelkie sposoby unika wojny, chętnie przeciąga rokowania, nie stawia ultimatów, a w ostatecznym razie poprzestaje na protestacji. Dla traktatu wiedeńskiego nie ma on wielkiego szacunku. Ustalając niepodległość Belgii, sam zrobił w nim potężny wyłom, ale trzyma się go z obawy Francji i większego jeszcze zamętu w stosunkach europejskich. Pamięta dobrze, jak niechętnie Anglia przystała na postanowienia umowy wiedeńskiej względem Polski, pamięta noty z 1814, w których się dopominała jej wskrzeszenia, i zmierzający ku temu, acz krótkotrwały traktat potajemnie zawarty z Austrią i Francją, pamięta wreszcie, iż cesarz Aleksander[7] w 1815 uroczyście oświadczył lordowi Castlereagh[8], że „lubo wtedy nie dało się więcej zrobić dla Polski, przyjdzie czas, w którym nic nie przeszkodzi przywróceniu jej w dawnych granicach, skoro tylko Europa zechce” – atoli pomnąc na to wszystko, i obok tego nie mogąc się wznieść do przekonania, iżby dla odbudowania Polski warto było narażać Anglię na długą, kosztowną i według jego mniemania wątpliwą wojnę, odsuwa to wielkie zadanie jako cura posterior [późniejsze zmartwienie] w dalszą przyszłość, a tymczasem ogranicza się do zobowiązań traktatem wiedeńskim przyjętych. Dlatego też roztrząsając przedstawienia nasze lord Palmerston nigdy nie chciał z innego punktu wychodzić. Można to nawet za pewnik uznać, że naszych zażaleń i wniosków przesięgających zakres traktatu wiedeńskiego żaden minister angielski słuchać nie będzie, chyba w razie, gdyby stanowcza wojna, gdzie indziej między Wielką Brytanią a Rosją rozpoczęta, wymagała powstania polskiego ku pomocy, lub gdybyśmy dłuższym przeciągnięciem walki niż w 1831 zdołali przekonać zachodnią Europę o możebności nie chwilowego, ale trwałego zwycięstwa. Wszelako, jeśli rząd angielski trzyma się ugody wiedeńskiej, nie trzyma się martwej litery, ale onej ducha, a ten aż nadto jest wyraźnym, pomimo że ta sama przebiegłość, która podstępami wszelkiego rodzaju uwikłała Polskę, by ją zgubić, starała się zawczasu w luźnych i zagmatwanych orzeczeniach traktatu wiedeńskiego przygotować trzem mocarstwom krętą sposobność do wyłamywania się później spod jego postanowień. Wiadomo, że zaraz na początku naszej kampanii w 1831 lord Palmerston wysłał do Petersburga przedstawienie, że gdyby po pokonaniu Polaków, Rosja chciała znieść w królestwie konstytucję lub w czymkolwiek nadwerężyć traktat wiedeński, wtedy Anglia, jako uczestniczka w tym traktacie, nie mogłaby dać na to swego przyzwolenia. Ale również wiadomo, że gdy w miesiącu lipcu Francja proponowała Anglii, by wspólnym pośrednictwem położyć kres rozlewowi krwi w Polsce, gabinet angielski stanowczo odrzucił jej wniosek. Z jednej więc strony przyznanie, że Rosja ma niewątpliwe prawo do swych posiadłości polskich, z drugiej zaś zaprzeczenie, aby w jakimkolwiek przypadku godziło się jej wyłamywać dowolnie spod zobowiązań ugodą wiedeńską względem Polski przyjętych, oto co było i co jest dotąd stanowiskiem rządu angielskiego wobec naszej sprawy.

O ile wnioskować można z rozpraw parlamentarnych, a osobliwie z mów lorda Palmerstona i Cutlara Fergussona, gabinet angielski, po długich lubo w przyjaznym tonie prowadzonych sporach z Rosją, skończył na wynurzeniu nieodwołalnego swego przekonania w następujących między innymi punktach:

  1. Że Królestwo Polskie jest odrębną całością, że nie trzeba mieszać konstytucji zawarowanej mu traktatem wiedeńskim z zastrzeżonymi tamże dla innych polskich poddanych Rosji, Prus i Austrii instytucjami, że wreszcie te ostatnie mogą być podniesione do znaczenia pierwszej, ale pierwsza nigdy zniżoną do ostatnich.
  2. Że konstytucja nadana królestwu przez cesarza Aleksandra jest właśnie tą, która według słów traktatu stanowi węzeł łączący królestwo z Rosją, że spoczywa na niej takie samo piętno prawomocności, jak gdyby wchodziła w skład ogólnego aktu wiedeńskiego, i że przeto zniesienie jej równa się rozerwaniu węzła kojarzącego królestwo z Rosją.
  3. Że Rosji pozostaje jeszcze uposażyć reprezentacją i instytucjami narodowymi inne prowincje polskie pod jej berłem zostające, jak to wymaga traktat wiedeński, a jak to w części już Austria i Prusy dokonały.
  4. Że wszystkie państwa, które podpisały ogólny akt kongresu wiedeńskiego, są ani w mniejszym ani w większym, ale w zupełnie jednakim stopniu poręczycielami onego, i lubo Rosji, Austrii i Prusom powierzonym zostało wykonanie jego postanowień względem Polski, żadne z tych trzech mocarstw, czy osobno czy wspólnie z dwoma innymi, nie ma prawa zaprowadzać zmian w tychże postanowieniach bez odwołania się do wszystkich innych państw współuczestniczących w ugodzie wiedeńskiej.

Jeśli w istocie rząd angielski tak stanowczo powyższe punkty w swych rokowaniach określił i na nich oparł swoją protestację, to w niejakiej mierze zmniejsza się wina, jaka ciąży na nim za odrzucenie pośrednictwa przez Francję w lipcu proponowanego. Lecz protestacja ta, czy w mniej czy więcej dobitną formę ujęta, straciła wiele na swej ważności z dwóch przyczyn: raz że jej w dokładnym odpisie do wiadomości publicznej nie podano, po wtóre, że wnet poprzestano ją powtarzać. Lord Durham[9], wysłany w 1832 do Petersburga, dał się tak omamić obłudnym uprzejmościom cara, że mu nawet o Polsce nie wspomniał. Nagabany o to w parlamencie lord Palmerston nie znalazł innej rady, jeno się uciec do owej ultima ratio [decydującego argumentu] ministrów, że gdyby był silniej obstawał za Polską, to niezawodnie byłaby wynikła stąd wojna europejska, a tej naród angielski nie chciał i nie chce. Nadarzała się znowu sposobność ponowienia protestacji, gdy zabranie statku Vixen[10] tak rozjątrzyło Anglię, że wojna zdała się niechybną, ale i wtedy nie przyzwano sprawy polskiej na pomoc. Owa protestacja nie wstrzymała nawet ręki lorda Palmerstona, gdy w 1840 tak pochopnie podpisywał wraz z Rosją traktat lipcowy przeciw Francji. Czy od tego czasu rząd angielski przemówił kiedy za Polską, wątpić należy. Raz tylko, w nocie wystosowanej do Austrii o zabór Krakowa przypomniał Rosji par ricochet, że Anglia nie spuszcza z oka zgwałceń traktatu wiedeńskiego i że prędzej czy później nie ujdą one bezkarnie.

I w istocie, chociaż najsprawiedliwiej zasługuje on na zarzut opieszałości w sprawie naszej, chociaż od lat kilkunastu niejedną pominął sposobność podniesienia jej, nie uważa on bynajmniej swej protestacji za niebyłą lub w czymkolwiek naruszoną przez następne wypadki i przyjaźniejsze stosunki z Rosją, owszem trzyma ją w odwodzie, by z nią w stosownej porze znowu wystąpić. Jakiego zaś zbiegu okoliczności potrzeba, by uznał że taka pora nadeszła, trudno powiedzieć, ale wciąż widzimy, że dobre stosunki między rządami z wielkim trudem przychodzą do skutku, a w okamgnieniu się rozrywają i że gabinety nie znają owej maksymy, która powiada, że przyjaźń nie rozcinać, lecz jak najwolniej rozpruwać należy. Bądź co bądź, dopóki sprawa nasza w ciasnym obrębie traktatu wiedeńskiego toczyć się będzie, znajdziemy zawsze niemałe ułatwienie w przedstawieniach naszych rządowi angielskiemu, powołując się na jego akt tak jasny i stanowczy, jakim jest owa protestacja, i dlatego to godzi się ten akt uważać za jeden ze znaków wytycznych, o których na początku wspominałem.

Przyszłość brzemienna w krwawe i zacięte zapasy między olbrzymem w złoto okutym, jak Anglię nazwano, a żelaznym kolosem północy, może już jest niedaleką. Czuje to dobrze rząd angielski, ale jeszcze nie wie, na jak glinianych nogach ten kolos spoczywa. Przewiduje też walkę więcej od strony Turcji, Persji i Indii niż od strony Polski. Stąd ubocznymi tymi drogami często go łacniej naprowadzić na prawdziwe stanowisko kwestii polskiej niż prostym gościńcem. Wtedy to zaraz szerzej rozwierają się oczy statyście angielskiemu, wtedy goręcej i bezwzględniej płyną z ust ministerialnych życzenia i nadzieje, aby Polska co rychlej odżyła w swej dawnej niepodległości i granicach, wtedy także widzisz, jak mało rząd uwodzi się specie recti [pozorami prawdy], które pod zobowiązaniami traktatem wiedeńskim przyjętymi musi do czasu rozbiorcom Polski przyznawać. Z drugiej jednak strony najtrudniej go przekonać, abyśmy mogli własnymi siłami wybić się na wolność. Zanadto wielkie ma on dotąd wyobrażenie o potędze Rosji, a nawykły do prostego dodawania i odciągania sił materialnych, za mało liczy na cuda, których nieraz dokonywał duch uciśnionego, ale właśnie ogniem ofiary i męki oczyszczającego się i wzmagającego narodu. W obrachunku więc wszelkich podobieństw i możebności, które by zrównoważyć zdołały walkę pojedynczego przeciw trzem, nie znajduje innej rady, jeno odciągając jednostkę od ostatnich, a dodając pierwszemu. Widzieliśmy dopiero, jakie w tym względzie pokładał nadzieje lord Brougham[11] na Austrii. Mackintosh[12] przypuszczał nawet, że można by oddać koronę polską królowi pruskiemu, byle ten się zobowiązał utrzymać Konstytucję 3 maja. Praktyczny Anglik nie może przy tym pojąć, jakim by sposobem zdołały posiłki od zachodu dojść do nas, gdyby Polskę miała troista klamra zawsze szczelnie ściskać i od reszty świata oddzielać. Kto zaś prędzej dałby się użyć do rozerwania tej klamry, czy Prusy, czy Austria, to Anglia zostawia okolicznościom. Dotąd nie pokłada ona więcej ufności w jednym, jak w drugim z tych mocarstw. Prusy pociągają ją ku sobie przez protestantyzm, przez nagłość wzrostu, większą spoistość i ład w kraju, porządniejsze finanse, wreszcie przez wejście na drogę konstytucyjną. Ale szalę jej życzliwości przechyla znowu na swą stronę Austria tradycją tylokrotnych z nią sprzymierzeństw, starodawnością monarchii, obszarem posiadłości, ościennością i ważnością położenia względem Turcji, a głównie sprzecznością z wpływem Francji na południu europejskim i pochopnością do bojów z ostatnią. Lord Beaumont[13], żarliwy nasz przyjaciel, zawsze powtarzał, że przyszłość nasza zależy od ludu niemieckiego, który, obecnie przypuszczony do swobód konstytucyjnych, wnet się powinien przekonać o konieczności przywrócenia Polski i ku temu całą swą potęgą zmierzać. W ogóle, Anglicy nie rozumieją, jak groźnymi są dla nas dążności germanizacyjne. Pochodzi to w części stąd, że sami mają niemałą skłonność do zagładzania narodowości, które im się poślednimi wydają, w części zaś, że poniekąd podzielają zarozumiałe mniemanie plemienia germańskiego, jakoby było niezmiernie wyższym nad wszystkie inne ludy. Lecz daleko mniej obchodzić nas powinien stosunek Anglii do Niemiec niż jej stosunek do Francji. Nie dowierza ona swemu odwiecznemu przeciwnikowi po drugiej stronie cieśniny kaletańskiej, obawia się odwetu za Waterloo, ale zarazem czuje, że pomyślność Europy i wyswobodzenie uciśnionych ludów zależy od zgody dwóch narodów przodkujących cywilizacji świata. Wie dobrze, że przywrócenie Polski pomnożyłoby wpływ Francji. Z dwojga jednak woli niepodległą Polskę podającą rękę Francuzom, niż ujarzmioną, po której bezwładnym ciele Rosja posuwa swą przewagę aż w sam środek Europy. W pierwszym razie liczy, że wolni Polacy nie staliby się ślepym narzędziem Francji, w ostatnim zaś przewiduje, iż mógłby przyjść czas, w którym widząc się opuszczonymi od całego świata, z rozpaczy połączyliby się z Rosją w pochodzie na zachód. Trwoga ta, jakkolwiek bezzasadną, a nawet obelżywą nam się wydawać może, będzie zawsze dzielnym sprzymierzeńcem naszej sprawy, ilekroć żaden inny bodziec nie zdoła wyrwać z uśpienia czujności rządu angielskiego. To pewna, że skoro sprawa nasza idzie w górę, Anglia i Francja prostym instynktem przysuwają się do siebie, i na odwrót, gdy Anglia z Francją są w zgodzie, wznoszą się i rozkwitają nadzieje nasze. Nie idzie za tym, aby koniecznym i bezpośrednim skutkiem przyjaźni tych dwóch narodów miało być wybawienie Polski, ale temu nikt nie zaprzeczy, że jeśli wskrzeszenie jej nie będzie się mogło obyć bez pomocy zachodu, to jedynie w takim razie zdoła się urzeczywistnić, kiedy Anglia z Francją będą w ścisłym porozumieniu. I to jest znowu jedno z tych świateł, które oznaczają w przyszłości pomyślny kierunek sprawy naszej na horyzoncie albiońskim.

Skoro wyjdziemy za obręb działań rządowych nastręcza się naprzód zapytanie, w którym ze stanów składających społeczeństwo angielskie posiadamy najliczniejszych przyjaciół. Nie waham się odpowiedzieć, że stosunkowo najwięcej ich dotąd mamy w arystokracji. Jest to korzyść, ale jest w tym poniekąd i znak, że w Anglii kwestia polska nie doszła jeszcze dojrzałości. Wśród tak nieprzyjaznych okoliczności, które od lat dwudziestu trzymają ją jakby w kwarantannie i sprawiają, że żaden rząd tknąć się jej szczerze nie śmie, jest to korzyścią, że troskliwość o nią przechowała się w sferze mniej chwilowym zmianom podległej i wierniejszej tradycjom przeszłości, a nie zeszła na bruk, gdzie stawszy się jabłkiem niezgody między szermierzami politycznymi, najczęściej swoje własne zaściankowe cele pod pokrywką podobnych spraw wiodącymi, byłaby się wnet jak tyle innych zużyła. Co innego, gdyby wypadki były ją wyniosły na porządek dzienny naglących zadań europejskich, gdyby lada chwila miano ją rozstrzygnąć na tę lub ową stronę, wtedy bezpieczniej dla niej byłoby wspierać się na szerszej podstawie, na klasach średnich, które stanowią rdzeń potęgi narodowej. Lud angielski nie jest jeszcze dostatecznie w tej kwestii przygotowany. Światło jej z każdym dniem raźniej, lecz jeszcze nader powoli w grubą jego warstwę przenika i dopiero wyższą tej warstwy część zaledwie przejmuje. Lepiej więc, że czyste i jasne z góry pada, niż gdyby złamane i przyćmione miało się do poziomu dostawać krętymi stronnictw manowcami. Wielce przekonywający, acz drobny mieliśmy w tym względzie dowód, kiedy czartyści[14] wpadali na mityngi w rocznicę listopadową lub z innych okoliczności przez naszych przyjaciół zbierane i rozpraszali je groźnym wnioskiem, że lubo Polska zasługuje na współczucie ludu angielskiego, wprzód nim się on za nią ujmie, winien przeprowadzić pięć punktów karty, to jest powszechne głosowanie itd. Rozważni też piastunowie sprawy naszej w Anglii starali się przede wszystkim utrzymywać ją na stanowisku górującym ponad wszystkie stronnictwa. Arystokracja angielska zawiera w sobie wszystkie odcienie tak konserwatyzmu, jak liberalizmu. Dawniej przemagał w niej pierwszy żywioł, teraz drugi z nim się równoważy. W obydwóch posiadamy i licznych i żarliwych stronników. W kwestiach wewnętrznych ścierają się oni z sobą zawzięcie, ale sprawę polską uważają za grunt neutralny, na którym spokojnie i zgodnie rozprawiać przystoi. Niech ku temu posłużą także za dowód artykuły[15], które tu przytoczyłem. Nie ma w nich ani słówka, które by zdradzało animusz stronniczy, choć oba pisane były przez ludzi liberalnych, zaciętych przeciwników toryzmu, a w obu razach torysi wtedy rząd sprawowali. Utrzymywać więc w Anglii chorągiew naszą na wyżynach niedostępnych stronniczym namiętnościom, walczącym u dołu o zwycięstwo w tym lub owym zadaniu wewnętrznym, oto jak było dotąd prawidłem, tak i jest na przyszłość wskazówką najmniej wątpliwą.

[…] Stany średnie, ruchliwsze, więcej pod wpływem przechodnich wypadków zostające, więcej podległe zdaniu takiego dziennika jak „Times”, już parę razy zasmuciły nas niespodzianym oziębieniem, ale znowu nagradzały nam szybkim powrotem do gorętszych usposobień. W tych to stanach rozumienie sprawy naszej ogromne zrobiło postępy od 1831. Już dziś Lord Brougham nie miałby prawa użalać się, jak to czynił w przytoczonym artykule z 1814, że gdy wszyscy płaczą nad losem murzynów, nikt nie ma nawet westchnienia dla Polski. W nich spoczywa najwięcej żywiołów potęgi angielskiej. One też, gdyby powstanie wybuchło w Polsce lub gdyby Anglia czy inne jakie przyjazne nam mocarstwo zaplątało się w wojnę z Rosją, zdołałyby najprędzej sprężystością swą skierować postanowienia rządu ku naszej korzyści. W ogóle powiedzieć można, że jeśli w czasach przyćmienia życzliwość arystokracji najskuteczniej się przykłada do przechowania w narodzie troskliwej o naszym kraju pamięci, to znowu nagły rozbłysk naszych nadziei najskorzej ogarnąłby stany pośrednie i wprawił je w ruch dla nas pożądany. Wiele w takim razie zależeć będzie od dziennikarstwa. To, prawie całe, po naszej jest stronie. Wyjątek stanowi parę pism tygodniowych, mało czytanych i widocznie zostających pod wpływem trzech ambasad, oraz szerokowładny „Times”, lecz i ten w jednej chwili gotów się zmienić, skoro tylko nasze słońce pocznie wychodzić zza obłoku. Między znakomitszymi literatami nie było i nie ma ani jednego, który by śmiał przeciw Polsce wystąpić, a tylu i tak ochoczo zawsze za nią przemawiało. Nawet Cobden[16], daleko więcej kupiec i finansista niż literat, już się nawrócił. Stan kupiecki obawia się wszelkiego zawikłania, ale rozumie wybornie, że wojna za niepodległość Polski opłaciłaby się stokrotnie, gdyż z oswobodzeniem jej otworzyłoby się obszerne pole dla wyrobów angielskich, a przychód stąd zrównoważyłby wydatki, które Anglia ponosi w kupowaniu naszego zboża. Niegdyś kraj nasz był spichlerzem Europy. Wtedy i dla Anglii pod tym względem miał większe znaczenie. Dziś to znaczenie słabnie w miarę jak Ameryka i kolonie postępują w rolnictwie i z każdym rokiem coraz więcej produktów Anglii dosyłają. Ale skoro by niepodległa Polska zabezpieczyła wolny wstęp przemysłowi angielskiemu, handel zbożowy zwróciłby się znowu ku nam, co i z politycznego względu byłoby korzystnym, bo na trwałą przyjaźń Anglii tylko tam liczyć można, gdzie ją przywiązuje interes.

* * *

Stanisław Egbert Koźmian (1811-1885), tłumacz (m.in. Szekspira), poeta, dramaturg, krytyk literacki, publicysta o poglądach konserwatywnych, znawca stosunków brytyjskich. Urodził się 21 kwietnia 1811 r. we Wronowie. Był absolwentem warszawskiego Liceum Lindego. W latach 1828-1830 studiował prawo na Uniwersytecie Warszawskim. Przyjaźnił się m.in. z Zygmuntem Krasińskim, Leonem Ulrichem i Konstantym Gaszyńskim. Uczestniczył w powstaniu listopadowym, awansując do stopnia podporucznika. Po klęsce insurekcji wyemigrował – wiele lat spędził w Anglii. W Londynie dwukrotnie opiekował się Fryderykiem Chopinem (1837, 1848), którego znał jeszcze podczas pobierania nauki w Liceum Warszawskim. Współpracował tam z Towarzystwem Literackim Przyjaciół Polski, a także włączał się w pomoc finansową dla polskich emigrantów. Był związany z Hotelem Lambert. Po powrocie na ziemie polskie (1849), wraz z bratem Janem Koźmianem, założył czasopismo „Przegląd Poznański”. Jego artykuły krytyczno-literackie pojawiały się w „Gazecie Wielkiego Księstwa Poznańskiego”. Tłumaczył i komentował dzieła Szekspira – wraz z Józefem Paszkowskim i Leonem Ulrichem, przy pomocy Józefa Ignacego Kraszewskiego, wydał Dzieła dramatyczne Williama Shakespeare’a. Od 1875 r. był prezesem Poznańskiego Towarzystwa Przyjaciół Nauk. Zmarł 23 kwietnia 1885 r. w Poznaniu.

Fragment artykułu Dawniejsze sądy angielskie o sprawie polskiej, [w:] Anglia i Polska, t. I, Poznań 1862, s. 287-297, 298-299.

 

*  *  *

Tekst opracowany w ramach projektu: Geopolityka i niepodległość – zadanie publiczne współfinansowane przez Ministerstwo Spraw Zagranicznych RP w konkursie „Wsparcie wymiaru samorządowego i obywatelskiego polskiej polityki zagranicznej 2018”. Publikacja wyraża jedynie poglądy autorów i nie może być utożsamiana z oficjalnym stanowiskiem Ministerstwa Spraw Zagranicznych RP.

Tekst jest dostępny na licencji Creative Commons Uznanie autorstwa 3.0 Polska. Pewne prawa zastrzeżone na rzecz Ośrodka Myśli Politycznej. Utwór powstał w ramach konkursu Wsparcie wymiaru samorządowego i obywatelskiego polskiej polityki zagranicznej 2018. Zezwala się na dowolne wykorzystanie utworu pod warunkiem zachowania ww. informacji, w tym informacji o stosownej licencji, o posiadaczach praw oraz o konkursie Wsparcie wymiaru samorządowego i obywatelskiego polskiej polityki zagranicznej 2018.

[1] John Milton (1608-1674) – poeta angielski, republikanin, autor poematów sielankowych i elegijnych, liryki religijnej, sonetów, eposów religijno-filozoficznych – m.in. Raj utracony (Paradise Lost, 1667) oraz tragedii antycznej Samson walczący (Samson Agonistes, 1671). Napisał także traktat Pro Populo Anglicano Defensio (1651), w którym przedstawił argumenty przeciwko absolutnej władzy monarszej i w obronie tych, którzy obalili króla Karola I.

[2] Robert Cutlar Fergusson (1768-1838) – szkocki prawnik i polityk, wig, członek Izby Gmin (1826-1838), wspierający sprawę polską.

[3] Tj. po wybuchu powstania listopadowego. Wielopolski wyruszył do Wielkiej Brytanii z misją w imieniu Rządu Narodowego, której celem było pozyskanie wsparcia dla sprawy polskiej tamtejszych kręgów politycznych. W tym celu m.in. spotykał się z ówczesnym ministrem spraw zagranicznych lordem Palmerston i przedłożył mu niniejszą notę. Misja – której założenia Wielopolski wypracowywał wraz z księciem Adamem Jerzym Czartoryskim – nie spełniła pokładanych w niej nadziei. Henry John Temple, wicehrabia Palmerston (1784-1865) był angielskim politykiem, związanym początkowo z torysami, następnie z wigami, wielokrotnym ministrem (m.in. spraw wewnętrznych i spraw zagranicznych), premierem Wielkiej Brytanii (1855-1858, 1859-1865).

[4] W 1832 r. w Anglii przeprowadzono reformę systemu wyborczego, która zwiększyła (choć m.in. z powodu wysokiego cenzusu majątkowego tylko do ok. 5% dorosłych mieszkańców) grono obywateli dopuszczonych do udziału w wyborach i zapewniła posiadanie reprezentacji w Izbie Gmin prężnie rozwijającym się miastom przemysłowym, takim jak Birmingham i Manchester

[5] Arthur Wellesley, 1. książę Wellington (1769-1852) – brytyjski wojskowy i polityk. Do historii przeszedł przede wszystkim jako zwycięzca Napoleona I pod Waterloo. Reprezentował Wielką Brytanię na kongresie wiedeńskim, dwukrotnie stał na czele jej rządu (1828-1830, 1834). Położył duże zasługi dla przeprowadzenia równouprawnienia katolików (Catholic Relief Act, 1829).

[6] Do tego rzymskiego sformułowania – podkreślającego prawa obywatela rzymskiego – odwołał się w przemowie w Izbie Gmin 25 czerwca 1850 r. Lord Palmerston, uzasadniając swoje stanowisko w sporze o to, jak brytyjski rząd powinien zareagować na potraktowanie w Grecji brytyjskiego poddanego (choć był portugalskim żydem) Davida Pacifico. Dom tego kupca i dyplomaty został w 1847 r. napadnięty w czasie antysemickich zajść w Atenach. Rząd brytyjski wsparł jego żądania rekompensaty finansowej za napaść i straty, a gdy rząd grecki nie chciał się do tego zastosować, Brytyjczycy w styczniu 1850 r. podjęli blokadę Aten, co doprowadziło do konfliktu z Francją i Rosją, z którymi Wielka Brytania dzieliła protekcję nad Grecją. Blokada trwała dwa miesiące – została zakończona po wyrażeniu przez rząd grecki zgody na pokrycie odpowiednio zmniejszonych roszczeń Pacifico.

[7] Aleksander I Romanow (1777-1825) – car Rosji od 1801 r. Odegrał ważną rolę w wojnach z Napoleonem, a po nich należał do kluczowych graczy w tworzeniu nowego porządku politycznego Europy. W początkach panowania – gdy jednym z jego najbliższych współpracowników i przyjaciół był książę Adam Jerzy Czartoryski – sądzono, że może skierować cesarstwo na bardziej liberalny kurs polityki. Również część polskich elit politycznych wiązała nadzieje z carem, zwłaszcza po ustanowieniu na kongresie wiedeńskim Królestwa Polskiego z Aleksandrem jako jego królem. Nie przestrzegał on jednak konstytucji Królestwa, którą sam nadał. Kontynuował ekspansję Rosji w Azji i w rejonie Morza Bałtyckiego (zajęcie Finlandii i Wysp Alandzkich). Po wojnie z Turcją Rosja objęła we władanie Besarabię

[8] Robert Stewart Castlereagh (1769-1822) – polityk angielski, torys, minister spraw zagranicznych (1812-1822), uczestnik kongresu wiedeńskiego (1815), zwolennik kursu polityki brytyjskiej mającej na celu zachowanie równowagi w Europie.

[9] John Lambton, 1. hrabia Durham (1792-1840) – brytyjski polityk, członek Izby Gmin (od 1813 r.) i Izby Lordów (od 1828 r.), ambasador w Petersburgu (1835-1837), gubernator generalny Kanady (1838-1839), postulujący gruntowne reformy w tej brytyjskiej kolonii.

[10] Gdy w 1836 r. Rosja prowadziła działania wojenne w Czerkiesji i blokowała jej wybrzeże, Wielka Brytania chciała zamanifestować swą na to niezgodę, przyzwalając, aby w ten rejon udał się statek Vixen, będący własnością prywatnego właściciela. 27 listopada Vixen został zatrzymany przez rosyjski okręt – Rosjanie skonfiskowali brytyjską jednostkę, a jej załogę uwięzili. Właściciel statku zwrócił się o pomoc do rządu brytyjskiego, który podjął w tej sprawie działania. W Izbie Gmin odbyła się debata na ten temat – aranżował ją z pomocą swych sojuszników wśród brytyjskich polityków książę Adam Jerzy Czartoryski, widzący w tym konflikcie brytyjsko-rosyjskim szansę na realizację swych zamierzeń na rzecz sprawy polskiej (w owym czasie sprawdzał możliwości wsparcia przez Londyn walczących z Rosją Czerkiesów, a także rozważał tworzenie na Kaukazie polskich oddziałów). Oburzona postępowaniem Rosji była angielska opinia publiczna, inspirowana w dużej mierze przez prasę (w tym również powiązaną z Czartoryskim). Ostatecznie spór o Vixen zakończył się w maju 1837 r. polubownie, nie spełniły się także nadzieje Czartoryskiego na zaangażowanie Brytyjczyków po stronie Czerkiesów. Zob. R. Żurawski vel Grajewski, Kaukaz w „dyplomacji” księcia Adama Jerzego Czartoryskiego w okresie kryzysu wschodniego (1832-1840), „Przegląd Nauk Historycznych” 2003, R. II, nr 2(4), s. 188-189.

[11] Henry Peter Brougham (1778-1868) – polityk i publicysta brytyjski, wig, współtwórca i autor kwartalnika „The Edinburgh Review”, członek Izby Gmin (1810-1812 i 1816-1830) i lord kanclerz w gabinecie lorda Grey i pierwszym gabinecie lorda Melbourne (1830-1834) – w tej roli dokonał m.in. reformy prawa wyborczego (1832) i zniósł niewolnictwo (1833).

[12] James Mackintosh (1765-1832) – szkocki prawnik, historyk i polityk, związany z wigami, członek Izby Gmin (1813-1832). Polemizował z Edmundem Burke’m w sprawie oceny rewolucji francuskiej (Vindiciae Gallicae: A Defence of the French Revolution and its English Admirers, 1791), napisał również m.in. History of the Revolution in England in 1688 (1834).

[13] Thomas Wentworth Beaumont (1792-1848) – brytyjski żołnierz, polityk, członek Izby Gmin (1818-1837), związany najpierw z torysami, później liberał, dysponujący wielkim majątkiem (czyniącym go swego czasu najbogatszym członkiem Izby Gmin), prezes Literackiego Towarzystwa Przyjaciół Polski w Londynie (1833-1848).

[14] Czartyzm – lewicowy ruch polityczny na rzecz powszechnego prawa wyborczego w Wielkiej Brytanii, działający w latach 1838-1848. Nazwa pochodzi od Karty Ludu (People’s Charter), ogłoszonej przez jego przywódców w 1838 r.

[15] Koźmian w swym tekście zawarł omówienia i obszerne fragmenty artykułów poświęconych sprawie polskiej, które w „The Edinburgh Review” – ukazującym się w latach 1802-1929 wpływowym brytyjskim piśmie, związanym z wigami – zamieścili lord Brougham (w styczniu 1814 r., No. XLIV, s. 294-331) i James Mackintosh (w listopadzie 1822 r., No. LXXIV, s. 462-527).

[16] Richard Cobden (1804-1865) – przedsiębiorca z Manchesteru, obrońca wolnego handlu, współtwórca Ligi Przeciw Ustawom Zbożowym.