Europa w stanie wojny. Konsekwencje dla spraw narodowych

António de Oliveira Salazar

António de Oliveira Salazar

António de Oliveira Salazar

Polityk portugalski, profesor ekonomii, w latach 1932-1968 autokratyczny premier Portugalii (ustąpił z powodu złego stanu zdrowia), minister finansów (1928-1940) i minister wojny (1936-1944). 

Panie Prezydencie, Panowie Deputowani[1],

zwróciłem się z prośbą o poświęcenie mi kilku minut z trwającej sesji, abym mógł, w imieniu Rządu, dołączyć do wyrazów radości, która przepełnia Izbę z powodu szczęśliwego powrotu Szefa Państwa, a także wdzięczności, wspólnej wszystkim Portugalczykom, z powodu znaczącego sukcesu tej triumfalnej podróży. Moja mowa będzie krótsza niż zwykle, mam jednak nadzieję, że słowa, które pragnę wypowiedzieć, nie będą przez to mniej zrozumiałe.

António de Oliveira Salazar

António de Oliveira Salazar

Polityk portugalski, profesor ekonomii, w latach 1932-1968 autokratyczny premier Portugalii (ustąpił z powodu złego stanu zdrowia), minister finansów (1928-1940) i minister wojny (1936-1944). 

I

 

Z wielkim poruszeniem, a niekiedy nawet z prawdziwym niepokojem, śledziliśmy przebieg wizyty Szefa Państwa w portugalskich ziemiach w Afryce: w naszym odczuciu nie była ona inspekcją przeprowadzaną przez pana w dawno odziedziczonych, zapomnianych dominiach, lecz długo wyczekiwanym objęciem ramionami dalekich krewnych. Wszystkie terytoria zamorskie w Afryce, z wyjątkiem Gwinei, mogły podjąć u siebie tego spośród nas, który korzysta z przywileju reprezentowania nas wszystkich, niczym widzialne ogniwo łańcucha wyrażającego ciągłość historyczną naszego ludu i jedność narodową. Nie mogę opisać uniesienia, entuzjazmu i patriotycznego zaangażowania, z jakim został przyjęty; być może nie jest to możliwe w przypadku tego, kto to przeżył lub był tego świadkiem; wypełnione po brzegi serce zwykle sprawia, że zapomina się słów, którymi uczucia takie można by opisać.

Bezinteresowne, pełne zapału odkrycie stanowi niezaprzeczalny tytuł własności; krew żołnierzy przelana w walkach okupacyjnych jest materialną pieczęcią posiadania; to, czego dokonano, jest jednak czymś więcej – jest scaleniem rasy z ziemią, rozciągnięciem aż do kresu pustkowi ciasnych granic Półwyspu, tej samej ojczyzny, która, niczym matka, przekazuje duszę i krew swoim dzieciom.

Pług głębiej niż żelazo miecza wnika w ziemię; pot użyźnia ją lepiej niż krew płynąca z żył; duch dotyka i przemienia ludzi i naturę głębiej niźli materialna siła panujących.

Głębokie ślady, które pozostawimy po sobie w ziemi i w duszach, w wielu stronach, gdzie nie rozpościera się dziś nasze panowanie, budzą zachwyt obserwatorów od wybrzeży Maroko do Etiopii i od Morza Czerwonego do cieśnin i morza Chin. Widzą oni dokładnie, że nasze dzieło nie jest dziełem przechodnia, który popatrzył i odchodzi, ani odkrywcy, który w pośpiechu szuka łatwych bogactw, zwinął namiot i idzie dalej, lecz tego, kto niosąc w sercu obraz Ojczyzny, z miłością wyrzyna go głęboko tam, gdzie przyszło mu wieść życie, podczas gdy jego duszę rozpiera poczucie cywilizacyjnej misji. Nie jest to odkrywanie ziemi: to ożywa Portugalia.

Kiedy po skończonej wizycie Szefa Państwa Portugalczycy z Mozambiku wyrazili przede mną swoje głębokie uznanie i miłość do Ojczyzny oraz niezłomną wiarę w przeznaczenie Portugalii i powiększenie Imperium, zdało mi się, że słyszę nie tylko ten sam język i te same uczucia, lecz echo słów, w których pozorny bunt mieszał się z bezgranicznym oddaniem, a które przesłano mi w tych samych okolicznościach z Angoli: <<Nie chcemy Imperium Kolonialnego…; nie chcemy metropolii…; my, Portugalczycy z Angoli, chcemy, by Portugalia i Lizbona były stolicą Imperium Portugalskiego.>>

Ludzie z redakcji dzienników albo gabinetów konsulatów, którzy uważają, że Afryka to nieużytek Europy i od czasu do czasu, uparcie, aby zabić nudę albo uporać się z trudnościami, studiują możliwe kombinacje poddania ziem portugalskich konfiskacie albo rozdziałowi, tacy ludzie nie zdają sobie sprawy, co by to oznaczało; jednakże my zdajemy sobie z tego sprawę i ważne było dla nas, by z wiedzy tej wyciągnąć ostateczne konsekwencje.

Celem Rządu było głośne obwieszczenie tej rzeczywistości światu; realizacja tego celu jest zasługą Szefa Państwa. To jego cechom osobistym i poczuciu ojczyźnianego interesu kraj zawdzięcza doniosłe znaczenie imperialne i międzynarodowe tych podróży.

Tegoroczną podróż ukoronowała wizyta w Związku Południowej Afryki, gdzie przyjaźń i wspólnotę interesów obu krajów potwierdzono gorącym przyjęciem. Powstrzymam się jednak od komentarzy, gdyż obawiam się, że nawiązałbym do jednoznacznych słów, które na temat tego wydarzenia zawarł w swym przesłaniu Prezydent.

 

II

 

Tymczasem, Europą wstrząsnęła wojna, którą oddziały niemieckie rozpoczęły napaścią na Polskę i rozciągnęły na Francję i niemal całe Imperium Brytyjskie.

Niemcy oznajmiły nam, że są gotowe uszanować integralność Portugalii i podległych jej terytoriów zamorskich, jeśli zachowa neutralność; Anglia nie poprosiła o nic, co wymagałoby od nas włączenia się do konfliktu w imię długotrwałych sojuszy i przyjaźni; poza interesami, które solidaryzują nas z wszystkimi pozostałymi krajami jako członkami wspólnoty europejskiej i synami jej cywilizacji, nie musieliśmy bronić w tym konflikcie własnego, bezpośredniego interesu. Rząd mógł zatem wyjawić Narodowi swą decyzję i nadzieję, że lud portugalski zachowa pokój, o ile tylko nasza godność, interesy albo zobowiązania nie zmuszą nas, byśmy z niego zrezygnowali. W każdym razie, ­ jak przyjaciele, którzy nie opuszczają w biedzie, nie pozostalibyśmy w zgodzie z naszym sumieniem, jeśli nie potwierdzilibyśmy w tym trudnym momencie naszych przyjacielskich uczuć i wierności sojuszowi z Anglią. Izba wie, jak Anglia doceniła i jak dobrze przyjęła deklarację Rządu: nasza postawa była w istocie tą, która najlepiej odpowiadała obronie wspólnych interesów obu krajów.

Nietrudno zrozumieć, że jeśli w tak krótkim czasie możliwe było określenie stanowiska o takim znaczeniu, to stało się tak dlatego, że było ono jedynie logiczną konsekwencją przyjętych zasad i ustalonych oglądów sytuacji zdefiniowanych o wiele wcześniej. Były one zgodne z linią deklaracji, które minionego maja miałem zaszczyt przedstawić Zgromadzeniu Narodowemu: w przypadku konfliktu, obowiązkiem Europejczyków było nie poddawać całej Europy lekką ręką katastroficznej rewizji, lecz tworzyć i umacniać strefy pokoju, spośród których decydujące znaczenie ma ta znajdująca się na Półwyspie. Deklaracja neutralności Hiszpanii, nie mówiąc o wysiłkach podejmowanych przez generalissimusa Franco w kwestii umiejscowienia wojny, są naturalnym dopełnieniem tej polityki i jedną z jej najlepszych gwarancji.

Sytuacja utrzymuje się zatem bez zmian tak, jak ją zdefiniowaliśmy i nie uważam za właściwe, by na ten temat, jak i na temat wojny w Europie w ogóle, tworzyć opowieści, krytyki czy przepowiednie. Jeśli powiedziawszy już wszystko, co mogłem powiedzieć, zamykam ten temat, to nie oznacza to, że chciałbym cofnąć cokolwiek z tego, co pomyślałem lub powiedziałem.

Wielki kryzys Europy polega na tym, że nie potrafi ona utrzymać pokoju w obrębie własnych granic. Zachowuje wciąż pierwszeństwo w nauce, literaturze, sztuce, posiadła tajemnice techniki; potrafi organizować pracę; nie potrafi jednak utrzymać pokoju. Źródłem tej bolączki nie jest przeludnienie, wyjałowienie gleby, wyczerpanie surowców ani brak ziemi, lecz choroba ducha. I zdaje się, że tak, jak starożytny Rzym, w pewnym momencie swego upadku <<nie może dłużej ścierpieć ani chorób, ani środków zaradczych>>.

Podstawą siły życiowej społeczeństw nie jest argument ostateczny, lecz pierwotny; z niego wywodzi się prawo, moralność, organizacja społeczna; i w tych kategoriach nie zapewnia on już pokoju, lecz wywołuje wojnę. Prowadząc wojnę czy przygotowując się do niej, Europa, pomimo intensywnej pracy i ciężkich wyrzeczeń, ogromnie ubożeje: obserwujemy rosnącą proletaryzację narodów europejskich, a wobec hipertrofii Państwa, które w imię zbiorowego interesu koncentruje całe bogactwo i władzę, ludzie, w zamian za swą niewolniczą pracę, poprzestają na oczekiwaniu tego, co niezbędne do zaspokojenia podstawowych potrzeb życiowych. W skrajności tej zanikł jednak zupełnie ten fragment ludzkiej wolności i godności, który uznawaliśmy za esencją cywilizowanego życia.

Obumieranie gospodarki wraz z moralnym karłowaceniem Europejczyka wystawiają na poważną próbę zdolność Europy do stawienia czoła ewentualnościom, które mogą nie być jedynie wytworem wyobraźni, siła Państw jest bowiem krucha i mizerna – i pomimo tego, egzaltowane umysły pogrążają się w delirium na myśl o zwycięstwach i podbojach. Siła Państw jest zależna od zmiennego szczęścia w bitwach; liczy się również i ważny jest sposób organizacji życia i moralna siła narodów, jeśli nie zostały zniszczone już wcześniej, jako podległe prawu śmierci.

Do zapewnienia pokoju nie wystarczy porządek etniczny, porozumienia gospodarcze, ani naturalna ochrona granic. Nie zapewnią go także dyplomatyczne kombinacje, jeśli nie są oparte na współistnieniu rzeczywistych interesów, ani też sztuczne twory polityki, ani upór w zachowywaniu wbrew naporowi życia tego, czego potwierdzenia i zachowania nie podjęły się ani historia, ani geografia. Pokój jest przede wszystkim dziełem ducha, owocem siły, która sama się ogranicza, to znaczy, sumienia, które potrafi rozróżnić i uszanować linię dzielącą własne i cudze prawo, a nawet poświęcić swój własny interes na rzecz większego interesu, który jest mu obcy.

Kryzys europejski to kryzys ducha; kryzys ducha to kryzys cywilizacji. Na łonie Europy zrodziła się jej szczególna cywilizacja, która jest cywilizacją łacińską i chrześcijańską. Pod jej skrzydłami uformowały się duchowo wszystkie narody Europy i Ameryki, a wiele innych w różnych częściach świata skorzystało z jej wpływów. Jeśli w naszym dziedzictwie moralnym zawarte są wieczne zasady prawdy i życia społecznego, to uważamy za nasz obowiązek wznieść wołanie o wierność tym zasadom: tym bardziej, im bardziej zostały one zapomniane i pogwałcone; a wołanie nasze jest uzasadnione tym bardziej w chwili, kiedy świat pogrąża się w trwodze, a osłupiałe narody zapytują z niepokojem, czy pośród tego upadku jest jeszcze miejsce na prawdę, honor, sprawiedliwość, legalność, na wspólne dobro ludzi i narodów. Nie możemy też uwierzyć – co stwierdziliśmy wielokrotnie – że naród taki jak Rosja, który wyrzekł się tych zasad, przychodzi niczym litościwy Cyrenejczyk, by pomóc przywrócić je w Europie Zachodniej. Lecz jest to jedynie deklaracja pryncypiów; z uzasadnionych przyczyn powstrzymam się od wyciągnięcia z nich wniosków dotyczących obecnej sytuacji. Uczynię tylko dwa wyjątki: pierwszy, kierując słowo głębokiej sympatii dla narodu polskiego, któremu chcemy oddać cześć przez wzgląd na jego bohaterską ofiarę i patriotyzm; drugi, aby powiedzieć, że nie poprzestając na wspieraniu dzieła pokoju zachowywaniem go u siebie, będziemy pracować na jego rzecz wspierając tych, którzy pracują dla ustanowienia warunków mających przynieść Europie bezpieczeństwo i sprawiedliwość, o ile tylko przekonamy się, że nasz wysiłek nie idzie na marne.

 

III

 

I tak oto powracam do naszych problemów wewnętrznych.

Wojna – jeśli rzeczywiście będziemy mieć wojnę – stanie się matką tych niewypowiedzianych okropności, z których najmniejszą może czasami być śmierć, ale nawet wśród trupów życie będzie potwierdzać swe niezbywalne prawa i w miarę, jak rosną trudności, musi wzrastać w nas siła ich pokonywania; a trudne życie, usiane przeszkodami, każdego dnia przynosi możliwość zwycięstwa, które w wartości ludzkiej i cywilnej nie ma porównania z chorobliwym zniechęceniem tych, którzy pozwalają sobie na życie.

Dostrzegając powagę aktualnych wydarzeń, przyjmujemy pewną dozę optymizmu i, jeśli nie radości, to przynajmniej ufności, pragnąc, by życie indywidualne i zbiorowe w jak najmniejszym stopniu odbiegało od normalności. W zgodzie z tą troską, rozważając rozliczne aspekty problemu i mimo przekonania, że w sposób nieunikniony zostanie naruszony międzynarodowy wymiar obchodów upamiętniających stulecie, postanowiono zorganizować je we właściwym terminie, z uwzględnieniem zmian i uszczupleń programu wynikających z okoliczności.   

Konsekwencje gospodarcze wojny będą bez wątpienia dotkliwe, ale ostatecznie są one zależne od rozmiaru, czasu trwania i innych okoliczności konfliktu; te zaś są ściśle zależne od siły, której zdecydują się użyć kraje dysponujące największą flotą, a także od możliwości zawarcia umów w celu zaopatrzenia krajów neutralnych i ludności cywilnej Państw w stanie wojny. Jedna kwestia nie ulega wątpliwości – nie będziemy bogacić się na wojnie, i zasada ta będzie obowiązywać w relacjach Portugalii z innymi krajami, jeśli one będą stosować ją wobec nas, w relacjach producentów i konsumentów, w relacjach osób prywatnych z urzędem skarbowym.

Nie powinniśmy wyciągać pochopnych wniosków z tego, co wydarzyło się w minionych epokach: gospodarka narodowa prosperowała i wzmocniła się; przezornie skupiono się na rolnictwie, aby zaopatrzyć ludność w wystarczającą ilość żywności; stworzono zapasy surowców, dzięki czemu nie musimy rozwiązywać problemów z dnia na dzień, pod presją chwili; zamorskie części Portugalii zostały wezwane do ścisłej współpracy z Matką-Ojczyzną, współpracy, którą obecne okoliczności czynią jeszcze bliższą i bardziej owocną, a która, rzecz jasna, wpisuje się w linię imperialnej polityki gospodarczej. Zarówno tu, jak i tam, zapewne dobrze rozumie się fakt, iż nie po to poczyniliśmy wyrzeczenia w celu zachowania rynków i utrzymania cen wbrew obniżkom na rynku międzynarodowym, aby teraz traktować go preferencyjnie, ze szkodą dla wspólnych interesów.

Do zasady utrzymania maksymalnej normalności w produkcji i handlu dołączamy jeszcze jedną zasadę przewodnią: maksymalna możliwa stabilność cen oraz kosztów produkcji. Jest jednak oczywiste, że jako importerzy surowców i źródeł energii, w większości przypadków zależni od statków zagranicznych, nie możemy oczekiwać wiążących deklaracji, że aktualne warunki nie zostaną w żaden sposób zmienione. Atoli, gdybyśmy pozwolili na swobodne oddziaływanie jednych produktów na inne, a wszystkich na zarobki, to podstawy, na których wznosimy gmach gospodarki, pieniądza i finansów publicznych uległyby zniszczeniu. Nie moglibyśmy odpowiadać za realizację sprawiedliwości społecznej i zachowanie zbiorowego bogactwa, jeśli nie posiadalibyśmy gospodarki, której podstawy zagwarantują solidność i stabilność, dlatego też nie jesteśmy gotowi na to, by dla ambicji kilku spekulantów poświęcić interes ogólny.

Skoro nie możemy dokładnie przewidzieć ograniczeń i odchyleń, które wojna może narzucić gospodarce narodowej, nie możemy przewidzieć także, ile może ona kosztować nasz Kraj pod względem finansowym. Pewne jest, że zmniejszenie importu wpłynie na wydatne zmniejszenie przychodów, które, tak samo jak nieuniknione zwiększenie wydatków, będzie trzeba na różne sposoby wyrównać; jednak to rzeczywistość odkryje zakres koniecznych ograniczeń. Uznałem za prawdopodobne, że programy wielkich robót publicznych nie będą mogły być realizowane w tempie, w jakim pracowano wcześniej, z drugiej zaś strony, jest naturalne, że nowe potrzeby wymagają działań innego rodzaju.

Nie powiem nic o polityce. Słyszę, jak niektóre osoby troszczą się głównie o to, jakie skutki przyniesie wojna dla demokracji albo reżimów autorytarnych i wiążą z tym swoje najskrytsze pragnienia. Ośmielam się rzec, że sprawa ta jest nas niegodna: po pierwsze dlatego, że tylko narody, które nie potrafią rządzić się same, interesują się tym, jak rządzą się inni, i kierunek ich postępowania w zawiadywaniu sprawami wewnętrznymi wyznaczany jest przez postępowanie obcych; po drugie, ponieważ temat wojny albo w ogóle nie podlega dyskusji, albo w grę wchodzić powinny problemy takiej wagi, że zainteresowanie sytuacją polityczną – gdyż to o niej, niestety, głównie się rozprawia – wydaje się przy nich śmieszne albo tragiczne. Jednakże, jeżeli są osoby, których troska jest wzniosła i bezinteresowna, to powinny one wiedzieć, że skomplikowanie się problemów życia międzynarodowego w związku z utworzeniem bloków ideologicznych oraz środkami zapobiegawczymi dotyczącymi reżimów wewnętrznych Państw było bardzo trudnym doświadczeniem, i że oznaką rozpaczy i braku ufności w miłosierdzie byłoby, gdyby ci sami, którzy odczuli ich bolesne skutki i z trudem próbują się z nich otrząsnąć, ponownie popełnili ten sam błąd.

 

***

 

Ze smutkiem kończę moje przemówienie tak ponurymi słowami.

Na świecie panuje prawdziwe przerażenie wojną, ale nie mniej przeraża niepewność i nerwowy pokój, który ją poprzedzał. Mężowie Stanu zakłopotani stają wobec tych dwóch nieakceptowalnych sytuacji i w przykrych rozmyślaniach starają się rozstrzygnąć, która z nich oznacza mniejsze zło.

My nie stoimy wobec takiej decyzji, lecz pozostając w zgodzie z samymi sobą staramy się dowiedzieć, czy w świadomości rządów i narodów możliwe są tylko dwie alternatywy palącego dylematu lub czy istnieje sposób wytyczenia takich dróg do pokoju, które nie byłyby ścieżkami wojny.

 

Oliveira Salazar

 

 

Przekład Marta Wójtowicz-Wcisło

 

Tekst został przetłumaczony w ramach prac prowadzonego przez OMP Regionalnego Ośrodka Debaty Międzynarodowej w Krakowie. Zadanie publiczne współfinansowane przez Ministerstwo Spraw Zagranicznych RP w konkursie Regionalny Ośrodek Debaty Międzynarodowej 2019-2021. Publikacja wyraża jedynie poglądy autora i nie może być utożsamiana z oficjalnym stanowiskiem Ministerstwa Spraw Zagranicznych RP.

[1] Przemówienie wygłoszone przed Zgromadzeniem Narodowym, 9 października 1939 roku, podczas sesji, w trakcie której Izba wyraża swe zadowolenie z sukcesu podróży szefa państwa do portugalskich ziem w Afryce.