Ogólne położenie Polski

Aleksander Skrzyński

Aleksander Skrzyński

Aleksander Skrzyński

(1882-1931), hrabia, doktor nauk prawnych, dyplomata i polityk, premier i minister spraw zagranicznych w II RP.

Bardziej niekorzystnego położenia geopolitycznego, niż ma je nowa Polska, nie można sobie po prostu wyobrazić. Jest to obok Niemiec najbardziej typowe państwo śródlądowe w tym znaczeniu, że największa część jego granic przebiega lądem i ma charakter konsekwencjonalny tylko i wyłącznie linearny, mniejszą zaś część stanowi morze. Jeżeli jednak położenie Niemiec – jak dowiodła wojna światowa – jest geopolitycznie ciężkie, a w dawnych okolicznościach nawet beznadziejne, to jednak w porównaniu z Polską mogą się one uważać jeszcze za wybrańca losu. Gdy bowiem Niemcy mają około 30 proc. granicy morskiej, to Polska ma takiej granicy zaledwie półtora procentu i to bez wszelkiej obronnej wartości. Reszta polskiej granicy to nie co innego, jak tylko linia geometryczna, pociągnięta w terenie według pisanej, więc zmiennej konwencji. Na okrągłą liczbę 4.000 km takiej granicy polskiej wypada na linię graniczną z Rosją 1.000 km, na linię graniczną z Niemcami 1.500 km, z Litwą 400 km, z Łotwą 100 km, z Czechosłowacją 700 km, z Rumunią 200 km. Stosunek Polski do Niemiec, do Litwy i do Rosji jest z natury rzeczy tego rodzaju, że całe pogranicze swoje z tymi trzema państwami, a wynosi ono, jak widzimy, 75 procent całej linii granicznej, Polska musi uważać za trwale zagrożone. Stosunek do Czechosłowacji z różnych powodów nie ułożył się dotąd w taki sposób, aby Polska mogła żywić dla niej przyjaźń i zaufanie. Zapewne wojny polsko-czeskiej nigdy nie będzie, ale z różnego rodzaju trudnościami ze strony Czech Polska musi się liczyć. Takie przynajmniej wrażenie dominuje we współczesnej opinii publicznej w Polsce. Z tego powodu 700 km granicy Polski z Czechosłowacją należy uważać za niepewne, tj. takie, które muszą być w jakiś chociażby najdelikatniejszy sposób osłaniane. Stukilometrowa granica z Łotwą nie przedstawia wprawdzie żadnego niebezpieczeństwa ze względu na samą Łotwę, ale też z punktu widzenia bezpieczeństwa państwa polskiego nie posiada żadnego znaczenia, W razie wojny bowiem z Rosją, wycinek granicy polsko-łotewskiej stałby się prędzej czy później częścią składową linii bojowej. Pozostaje jeden jedyny dwustukilometrowy odcinek granicy polskiej z Rumunią, który według wszelkich rachub ludzkich można uważać za całkowicie bezpieczny, który też w razie niebezpieczeństwa i konieczności skupienia sił gdzie indziej może być bez obawy odsłonięty. Streszczając się, można tedy stwierdzić sumarycznie, że Polska posiada 75 proc. granicy stale zagrożonej, 20 proc. niepewnej, a zaledwie 5 proc. bezpiecznej.

Aleksander Skrzyński

Aleksander Skrzyński

(1882-1931), hrabia, doktor nauk prawnych, dyplomata i polityk, premier i minister spraw zagranicznych w II RP.

Lecz może kwalifikacja granicy niemiecko-litewsko-rosyjskiej, jako pod względem bezpieczeństwa państwowego stale zagrożonej, wyda się przesadnie pesymistyczną! Niestety, fakty powszechnie znane i niewątpliwe nie pozostawiają wiele miejsca na optymizm, który by można tamtemu pesymizmowi przeciwstawić.

Niemcy na rzecz Polski straciły około 10 proc. swego terytorium państwowego, blisko 30 proc. swego terytorium rolniczego, tudzież dwie trzecie drogocennego okręgu przemysłowego górniczego na Górnym Śląsku. Nadto Prusy Wschodnie zostały od Niemiec odcięte korytarzem gdańskim, tak, że z tą ważną dla nich pod względem rolniczym prowincją utraciły one bezpośrednią i swobodną komunikację. Być może, że kiedyś w odległej przyszłości amputacje tego rodzaju przestaną wywierać głębsze wrażenie na zbiorowiskach ludzkich, które by wedle dzisiejszej nomenkla­tury można nazywać ,,narodami”. Dopóki istnieją narody dzisiejsze z ich dzisiejszym światem wyobrażeń i idei rządzących, z ich dzisiejszą mechaniką wrażeń i odczuć zbiorowych, byłoby wręcz niepojętym zaślepieniem i łudzeniem się przypuszczać, że Niemcy wyrzekną się myśli powetowania poniesionych strat, że przestaną czyhać na nadarzającą się do tego sposobność. Być może, że nie te Niemcy, które wiją się dzisiaj w straszliwych cierpieniach przegranej największej wojny i różnych skutków tej przegranej. Być może, że nie te Niemcy, które błąkają się dzisiaj między ekstremami dwóch ideologii socjalno-politycznych: monarchistyczno-feudalną i komunistyczną. Ale Niemcy jutrzejsze, Niemcy skonsolidowane ostatecznie na platformie takiej czy innej ideologii, odzyskają swoją aktywność polityczną, która szukać będzie wyładowania według prawa przyrody w kierunku mniejszego hipotetycznie oporu. Że zaś ten kierunek dojrzą Niemcy prędzej na wschodzie niż na zachodzie, to – zdaje się – nie ulega żadnej wątpliwości. Na zachodzie Niemcy skonsolidowane i do aktywności przywrócone mają co najwyżej do odzyskania jeszcze raz Alzację i Lotaryngię i do wyrównania pewne rachunki więcej psychologiczne niż realnie polityczne. W dążeniu na zachód muszą jednak Niemcy liczyć się z tym, że po przekroczeniu pewnej linii na Wogezach spotkają się znowu oko w oko z całą potęgą Wielkiej Brytanii i świata anglosaskiego. Wolno zaś wątpić, czy Niemcy zdecydowałyby się dość prędko na powtórzenie tego strasznego ,,rendez-vous”. Natomiast w kierunku na wschód, pomijając wszystkie inne okoliczności, pociąga Niemcy i musi pociągać przede wszystkim olbrzymia próżnia rosyjska, szczególnie Niemcy pozbawione kolei, Niemcy stłoczone na stosunkowo małej przestrzeni terytorium w gruncie rzeczy ubogiego i mało urodzajnego; parowy pług niemiecki musi ogarniać nieprzeparta tęsknota do nieprzejrzanych odłogów rosyjskich. Jaka struktura socjalna i jaka forma polityczna przyszłych Niemiec potrafi zmusić do milczenia tę tęsknotę?

Słów tych nie dyktuje bynajmniej nienawiść, zrodzona ze strachu przed Niemcami. Przeciwnie, nie brak w Polsce ludzi, którzy odnoszą się z pełnym szacunkiem do wielkich nieprześcignionych zalet tego narodu, i których głębokim bólem i troską napełnia świadomość, że los historyczny postawił oba bezpośrednio sąsiadujące ze sobą narody na przeciwległych biegunach życiowych interesów, przynajmniej tak pojmowanych, jak to w panującym dzisiaj systemie pojęć o pożytku narodów jest w ogóle możliwym. Polska też zapewne nigdy nie zaczepi Niemców, przeciwnie, zawsze gotowa będzie pójść do ostatnich granic swoich politycznych i psychologicznych możliwości, aby kompromis z nimi utrzymać. Ale elementarne prawa dynamiki i psychologii narodów mają swoją wagę i swoją wszystko miażdżącą i wszystkie inne względy niwelującą siłę…

Dalej ku wschodowi idzie obecna Litwa, malutkie państwo, które na dłuższą metę zabezpieczyć sobie może swój byt tylko w ten sposób, że stanie się pożytecznym dla Niemiec, pod których orędownictwem stawiało pierwsze swoje kroki państwowe, i dla Rosji, do której ciąży instynktem. Nie darmo przecież powiedział niedawno prezydent Sejmu litewskiego w mowie publicznej, że Litwa nie uczyni nigdy nic takiego, czego by jej skonsolidowana i do narodowego życia przywrócona Rosja nie mogła przebaczyć… Już z tych zasadniczych powodów Polska musi uważać obecną Litwę tylko za przedłużenie frontu już to niemieckiego, już to rosyjskiego przeciw sobie, już to – i to wydaje się najprawdopodobniejszym – za połączenie obu tych frontów przeciw niej. A do tego przychodzi jeszcze specjalny spór polsko-litewski o terytorium. Litwa w tym sporze nie ma za sobą racji żadnych, a najmniej etnograficznych, tym więcej jednak rozwija w nim zaciekłości i nieprzejednania. Polacy zabrali Wilno, które wprawdzie przed sześciuset laty było stolicą książąt litewskich, ale które przed niespełna stu laty było Atenami polskimi, było jednym z głównych ognisk umysłowości i kultury polskiej. Który z tych tytułów jest mocniejszy? Nie było jeszcze wypadku, aby spór tego rodzaju został między narodami rozstrzygnięty z wolnej i dobrej woli a trwale. Oczywiście, należy pragnąć, aby taki wypadek tu właśnie po raz pierwszy zaszedł. Ale liczyć na to, że on rzeczywiście zajdzie, nie sposób.

Wreszcie Rosja – wyznaczona pomalowanymi w kolorowe paski słupami idealna linia, która zaczyna się na północy nad Dryssą, biegnie stamtąd niemal prosto na południe przeszło 1.000 km, aby zatrzymać się na Dniestrze, oto ta ściana, która ma rozdzielać dwa państwa, dwa narody, dwa systemy socjalne, przede wszystkim zaś dwa światy kulturalne psychicznie, które od lat blisko tysiąca szukają na próżno wspólnego między sobą mianownika. Wschód i zachód w najszerszym historyczno-politycznym, historyczno-religijnym i historyczno-kulturalnym znaczeniu tych wyrazów stykają się ze sobą na tej linii, umówiwszy się ze sobą ostatnio w Rydze, że będą ją respektować i nie będą jej w sposób gwałtowny wbrew woli drugiego kontrahenta przekraczać. Że Polska ma nie tylko najlepszą wolę, ale wszystkie najbardziej realne interesy, bez których nawet najlepsza wola nie bywa dostatecznie silną, aby nietykalności tej linii przestrzegać, to nie ulega wątpliwości. Naród polski, przerzuciwszy na wschód swoją granicę polityczną o jakichś dwieście kilometrów poza swoją granicę etnograficzną, pozostawił sobie zadanie, które nie dla jednej, lecz dla szeregu jego generacji będzie stanowiło zupełnie dostateczny teren dla ich organicznej, ekonomicznej i kulturalnej ekspansji. A jak trudnym jest to zadanie, widzieliśmy w rozdziale traktującym o mniejszościach narodowych. Twierdzić apodyktycznie, że w danej zbiorowości coś jest, a czegoś nie ma, jest zawsze ryzykowne. Nie ma jednak żadnego ryzyka w twierdzeniu, iż ani jeden Polak nie marzy o tym, aby chociażby o jeden metr posunąć się dalej w głąb rosyjskiego bezmiaru. Im zaś bardziej oddalać się będziemy w czasie od burzliwego momentu narodzin państwa polskiego, im bardziej zacierać się będą wrażenia chaosu rosyjskiego, który równocześnie z narodem polskim tam na wschodzie panował, tym bardziej znikać będzie możliwość, aby się takie marzenie kiedykolwiek w głowach polskich zrodziło. Tak więc Polska nie naruszy i nie przerwie nigdzie tej linii z własnego popędu i w swoich własnych widokach.

Czy można jednak powiedzieć to samo także i o Rosji zarówno dzisiejszej, jak i tej, dotąd przez tylu bezskutecznie oczekiwanej przyszłej? Oto pytanie!

Jakąkolwiek Rosja będzie – komunistyczną czy indywidualistyczną pod względem socjalnym, może ona wrócić prędzej czy później do ideologii politycznej, co do końcowych swych wniosków identycznej z ideologią dawnej Rosji carskiej. Wszystko jest niepewne – każdoczesne motywy w tej ideologii użyte, przesłanki teoretyczne, jej rozwój. Ale jedno jest możliwe, jeśli nie prawdopodobne – że będzie ona domagała się zjednoczenia ziem ruskich w ich najhojniejszym wykresie, więc sięgających o kilkadziesiąt kilometrów pod Warszawę i daleko na zachód w Karpatach, o sto kilometrów od Krakowa. Nie zmieni tego faktu także możliwość pojawienia się zamiast jednej wszechrosyjskiej ideologii politycznej szeregu ich – rosyjskiej, ukraińskiej i białoruskiej. Wszystkie one w rozwoju swych postulatów w stosunku do zachodu będą w ostatniej instancji identyczne z dawną wszechrosyjską lub może nawet okażą się bardziej jeszcze od niej ścisłe i rygorystyczne.

Od czasu wyzwolenia się Rosji z niewoli tatarskiej i skonsolidowania w Wielkie Księstwo Moskiewskie, więc na przestrzeni blisko sześciuset lat, historia współżycia Polski i Rosji rozwija się na tej zasadzie, że nizina sarmacka przy całym swoim ogromie jest jednak dla tych dwóch narodów… za ciasna. Nie ma żadnych danych do sądzenia, jakoby ta dziwna na pozór podstawa, która w tej części kontynentu wybrała sobie rozwój historyczny, obecnie po rewolucji i w dalszej ewolucji rosyjskiej została porzuconą lub chociażby tylko gruntowniej zmienioną. Przeciwnie, istnieją momenty nakazujące liczyć się z tym, że dynamiczna siła tej zasady, przynajmniej po stronie Rosji, spotęgowała się jeszcze.

Tak więc nie warto ukrywać, a niebezpiecznie zapoznawać fakt, że tysiąckilometrowa linearna granica polsko-rosyjska to linia ognia, to przygasającego i tylko tlejącego, to znów wybuchającego jasnymi i daleko widocznymi płomieniami, lecz zawsze jednakowo niebezpiecznego dla Polski, a także i dla Europy.

Spośród nowych lub nowo rozgraniczonych państw średnich, które leżą w orbicie aktywnej polityki polskiej, tylko jedna Rumunia ma stosunek do Rosji a priori podobny do polskiego, jakkolwiek ani w przybliżeniu tak groźny w swych ostatnich konsekwencjach jak Polska. W razie niefortunnego zatargu z Rosją, Rumunia może bowiem stracić na rzecz Rosji świeżo pozyskaną Besarabię, może być pośrednio zmuszoną do jakichś mniej lub więcej bolesnych korekt na innych wycinkach swych granic, ale niebezpieczeństwa dla narodowo-historycznego rdzenia swego kraju obawiać się wedle rachub ludzkich nie potrzebuje.

Natomiast inne nowe państwa – jak Czechosłowacja na północy i Jugosławia na południu – upatrują wręcz swój interes w odrodzeniu imperialistyczno-nacjonalistycznej ekspansji Rosji. Jugosławia obiecuje sobie po nim znakomite wzmocnienie swojej pozycji nad Adriatykiem, Czechosłowacja petryfikację swego stanowiska w stosunku do Niemiec, które ją z trzech stron okrążają, tudzież otwarcie ogromnego rynku dla swego silnie rozwiniętego przemysłu.

Młode państwa bałtyckie są, albo jak Finlandia, położone zbyt ekscentrycznie, aby chciały i mogły wchodzić w ten wir dążeń i interesów, szukających wyrównania na nizinie sarmackiej, albo tak słabe i wątłe, że w danym razie instynkt samozachowawczy podszepnie im wszystko inne, tylko nie przeciwstawianie się na tej czy innej zasadzie odrodzonej i potężnej Rosji. Tak więc w stosunku do Rosji Polska stoi sama i samotna, i tylko na swoim własnym mieczu wsparta, wpatruje się w przyszłość w lepszym wypadku ciemną i nieprzeniknioną…

Z Wersalu wyszła nowa Polska jako integralna część nowego systemu politycznego, który przez twórców tego aktu narzucony został Europie z tą główną i podstawową myślą, aby dla przyszłej ekspansji niemieckiej zakreślić pewne, dość ciasne, ale nieprzekraczalne granice. W wykonaniu tego systemu zwrócono Polsce prawie całe jej terytorium etnograficzne, które stanowiło przez lat przeszło sto składową część monarchii pruskiej, było zarazem jedną z podstaw jej siły i potęgi. Za tę niewątpliwie sprawiedliwą cenę przykuto Polskę do systemu w Paryżu opracowanego, przykuto trwale i wedle dzisiejszego powszechnego zrozumienia na zawsze. W przedmiocie tych ziem bowiem nigdy nie będzie między Polską a Niemcami kompromisu, jakkolwiek by go może w jakichś specjalnych okolicznościach chłodny rozum doradzał. Kompromis ten bowiem stał się psychologiczną niemożliwością.

Im bardziej zaś niemożliwym jest kompromis polsko-niemiecki, tym energiczniej i bezwzględniej musi Polska bronić samego systemu, któremu zawdzięcza swoje powstanie w ogólności, a odzyskanie swego zachodniego terytorium etnograficznego w szczególności.

Jednakowoż nie wszyscy twórcy tego systemu wersalskiego są w jednakowej mierze zainteresowani w utrzymaniu go w nienaruszonym kształcie i trwałości. Interes taki, wyższy i żywotniejszy niż ktokolwiek inny spośród sygnatariuszów traktatu wersalskiego, ma tylko Francja. Oto gotowe nie tylko podstawy, lecz także z obiektywną koniecznością zniewalające racje, dla których Polska i Francja połączyły się sojuszem i konwencją militarną, tworząc jedność wyższego rzędu w celu zabezpieczenia nietykalności podstawowych tez Traktatu Wersalskiego.

Sojusz z Francją, podpisany ostatecznie w dniu 27 czer­wca 1922 roku, uzupełniający się sojuszem i konwencją z Rumunią z dnia 3 marca 1921 r. – oto dwa jedyne instrumenty polityczne, którymi dotąd dysponuje Polska w obronie nie tylko swoich dzisiejszych granic, lecz w ogóle swego istnienia jako państwo niezależne, jako swobodny podmiot swojej własnej przede wszystkim historii.

Przy całym głębokim szacunku dla swoich sojuszników i przy niezachwianej wierze w ich lojalność i gotowość do wysnucia wszystkich konsekwencji z istniejących umów, Polska nie może się czuć ukołysaną do snu bezpiecznego na swoim, tylko o te dwa sojusze zaczepionym, hamaku.

O ile Francja w stosunku do Niemiec gwarantuje Polsce pomoc bezwarunkową i w danych obecnie warunkach niewątpliwie skuteczną, to w stosunku do Rosji rzeczy te zmieniają się już wcale wydatnie. Lecz nawet bez zbędnego i na ogół bezskutecznego zaglądania opatrzności w karty, należy na zasadzie położenia geograficznego i układu podstawowych stosunków międzynarodowych liczyć się z tym, że w razie starcia z Rosją, Polska przynajmniej w pierwszym stadium walki sama jedna będzie dźwigać jej ciężkie brzemię.

Sojusz Polski z Rumunią, drogocenny niewątpliwie w stosunku do Rosji, staje się na odwrót bezprzedmiotowym w sporze polsko-niemieckim.

Tak więc w osiemdziesięciu przynajmniej procentach swojej kwestii bytu lub niebytu Polska mogłaby w danym razie stać samotna, zdana wyłącznie na swoje własne siły.

Z tego niezmiernie ciężkiego położenia wynikają dla Polski z żelazną konsekwencją dwa podstawowe wnioski: musi ona uprawiać politykę bezwzględnie pokojową, równocześnie zaś musi tworzyć i utrzymywać możliwie najsilniejszą armię.

To zestawienie jako dwóch równorzędnie nieuchronnych, a tak w treści swej sprzecznych ze sobą konsekwencji – pacyfistycznej i militarystycznej – może się na pierwszy rzut oka wydać dziwnym i nielogicznym. A jednak obie te konsekwencje zawierają w sobie maximum ścisłości rozumowania, które w zagadnieniach życia i polityki jest w ogóle możliwe.

Polska musi prowadzić politykę pokojową, ponieważ w swoim położeniu nie może bez ostatecznej i całkowicie poza jej wolą leżącej potrzeby ściągać na siebie ryzyka wojny, i ponieważ wojna taka, z natury rzeczy wyłącznie i jedynie obronna, nawet w razie wygranej nie mogłaby rokować Polsce takich korzyści, których pragnienie mogłoby posłużyć za motyw do wojny zaczepnej.

Kiedy w połowie lat osiemdziesiątych niemiecka partia wojskowa napierała się nowej wojny z Francją, aby ,,dokoń­czyć” dzieła, Bismarck1 sprzeciwiał się temu kategorycznie i to z tym motywem, że ,,nie widział, co by Niemcy w razie ponownej wygranej mogły jeszcze zyskać na Francji”. W takim samym położeniu, tylko jeszcze bardziej jasnym i wyraźnym, znajduje się Polska w stosunku do swoich najpotężniejszych sąsiadów. Jakie korzyści mogłaby uzyskać nawet w razie zwycięstwa nad jednym z nich? Jakie dalej mogłyby to być korzyści, zdolne uzasadnić i zrównoważyć to straszliwe ryzyko, które by brała na siebie Polska, prowokując w jakiś sposób wojnę?

Tak więc jest rzeczą dostatecznie jasną, że polityka Polski musi być z natury rzeczy zasadniczo pacyfistyczną.

Cóż więc w takim razie z militaryzmem, o który Polska jest tak głośno oskarżona? – zapyta czytelnik.

Powiedzieliśmy, że w swoim położeniu Polska w osiemdziesięciu co najmniej procentach kwestii swego bytu lub niebytu zdana jest jedynie i wyłącznie na swoje siły. Skoro zaś tak jest – a jest tak niewątpliwie, to naród żywy i pragnący odzyskaną wolność i całość swoją obronić, lub przynajmniej dla jej obrony wszystko w granicach swojej możliwości uczynić, musi te właśnie swoje siły organizować, rozwijać i w pogotowiu dla celów obrony utrzymywać.

Militaryzm polski – jeżeli w ogóle może być o nim mowa – jest więc w pierwszej linii bezpośrednim produktem wolnego życia i woli do takiego życia w narodzie, postawionym w warunkach takich jak Polska. Ktokolwiek by się na tym miejscu, co Polska, znajdował, zwróciłby pierwszą swoją myśl i pierwsze staranie ku stworzeniu sobie instrumentu dla obrony koniecznej.

Przed półtora wiekiem Polska, wstrząsana anarchią wewnętrzną, z zewnątrz umiejętnie podsycaną, nie potrafiła stworzyć własnej armii. Została też rozebrana bez przelewu krwi, po prostu gołymi rękami przez możnych swoich sąsiadów. Jakkolwiek przyczyny tej niebywałej tragedii były bez porównania bardziej skomplikowane niż sam fakt militarnej bezbronności ówczesnej Polski, to jednak mimo to, kto podejmie się udowodnić, że Polska, posiadająca wówczas sto lub dwieście tysięcy wyszkolonego i bitnego żołnierza, byłaby mimo to padła ofiarą tego strasznego losu? A jeżeli taki dowód byłby nawet możliwy w zakresie ścisłego i obiektywnego rozumowania historiozoficznego, którego metody zresztą nie zostały dotąd wynalezione, to czyż naród żywy i chcący żyć byłby zdolny przyjąć kiedykolwiek tę martwą formułę abstrakcyjnego rozumowania za podstawę swojego bytu?

Dlatego też nie można wyobrazić sobie nic bardziej naturalnego, jak to, że Polska, która przez półtora wieku rozdarcia i niewoli opłakiwała militarną swoją bezbronność w czasie rozbiorów, najcięższym wyrokiem zdrady narodowej obciążała wielu przedstawicieli rozbiorowego pokolenia za zaniedbanie tej właśnie obrony, teraz, powstawszy do nowego życia, pierwszą swą myśl, pierwszą troskę i – dodajemy otwarcie – pierwszą swą miłość macierzyńską zwróciła ku swojej młodej armii, która wraz z nią zrodziła się cudownie, jak spod ziemi wyczarowana.

Niewątpliwie utrzymanie armii kosztuje Polskę wiele. Widzieliśmy wszakże, że pochłania ona połowę jej w złocie obliczonego budżetu. Takie brzemię finansowe wywiera z pewnością ciśnienie wielkie, nieraz dotkliwe, wręcz bolesne. Trwałe dźwiganie go to ofiara, okupywana ciężkimi stratami we wszystkich innych dziedzinach życia, przede wszystkim w dziedzinie finansów państwa i gospodarki społecznej.

A jednak – otwarcie to trzeba powiedzieć – nie da się w Polsce pomyśleć rząd, który by miał odwagę i siłę odmówić armii czegokolwiek, co tylko leży w najszerzej zakreślonych granicach praktycznej możliwości. Dlaczego tak jest? Oto dlatego, ponieważ dla Polski, która świeżo wyszła z nieznanego narodom nieszczęścia i nie chce do niego wrócić, utrzymywanie armii stosunkowo silnej jest przede wszystkim psychicznie koniecznym, jakkolwiek niewątpliwie heroicznym wysiłkiem.

I gdyby nawet zostało udowodnionym, że posiadanie własnej armii dawałoby Polsce tylko jedną szansę na sto skutecznej obrony swego politycznego istnienia, to i przy tym minimalnym prawdopodobieństwie obronnej skuteczności tej armii nowa Polska nie przestałaby ponosić najcięższych ofiar na jej utrzymanie i rozwój. Na pokolenia rozbiorowe, które zaniedbywały stworzyć armię, które usypiały swą czujność formułą, że właśnie bezbronna Polska jest najbardziej przed pożądliwością sąsiadów zabezpieczoną, spadło za to ze strony następnych pokoleń tyle przekleństw, że nic dziwnego, jeżeli obecne pokolenie polskie, a według wszelkiego prawdopodobieństwa także szereg następnych, gotowe będą raczej wyrzec się wszystkiego innego, niż narazić na zarzuty, które same czyniły swoim pradziadom…

Przy ocenie militaryzmu jako pewnej ideologii, jako pewnego nastawienia psychiki zbiorowej narodu nie to jest rozstrzygającym, ile dywizji i armat liczy reprezentująca materialnie ten militaryzm armia, ale to, co w tej armii swojej dany naród widzi, czego się po niej spodziewa i czego od niej gotów jest żądać.

W militaryzmie przedwojennym niemieckim nie to resztę Europy drażniło, straszyło, a wreszcie do generalnej z nim rozprawy skłoniło, że reprezentowała go ogromna liczebnie armia, znakomicie przygotowana i uzbrojona, i w niedościgły sposób zorganizowana, ale to, że w tej armii panował pewien specjalny duch, że znaczna większość narodu niemieckiego uznawała tego ducha, a najwyższe jego rządzące i reprezentacyjne czynniki podnosiły tego ducha i wypowiadały w formułach, dla samowiedzy i sumienia cywilizowanych ludzi niemożliwych do zniesienia. Nie to postawiło przeciw Niemcom niewidzialną w dziejach koalicję narodów, że miecz ich był w materii swojej bardzo długi, bardzo mocny i bardzo ostry, ale to, że zbyt często w głownię tego miecza uderzali, że zbyt często podsuwali go innym pod nosy, jako ostateczne i nieodwołalne uzasadnienie swego dobrego prawa.

Otóż tego militaryzmu w znaczeniu psychicznym i ide­owym, jako wiary w to, że miecz jest podstawą i ostoją wszelkiego prawa, w Polsce nigdy nie było, nie ma go także dzisiaj ani śladu i nigdy go z pewnością nie będzie. W swojej historii wojennej mają Polacy mnóstwo kart dowodzących, że byli i są doskonałymi żołnierzami. Nie mają natomiast ani jednej, która by pozwoliła zarzucać im, że byli kiedykolwiek militarystami, że miecz za najwyższą instancję w życiu narodów uznawali. Przeciwnie, wszystkie wielkie akty w rozwoju dawnej państwowości polskiej, akty tak wielkie jak Unia Lubelska, która z Polski uczyniła jedno z największych mocarstw europejskich swego czasu, były dokonane bez dobycia miecza z pochwy, bez rozlania chociażby jednej kropli krwi.

Polska kocha swą armię, Polska ponosi na jej utrzymanie i rozwój ofiary stosunkowo ogromne i często przekraczające te granice, które by dla tego rodzaju wydatków wyznaczył zimny zmysł gospodarczy, ale Polska nie wiąże z tą armią ideologii siły i przemocy, nie obciąża jej innymi zadaniami, jak tylko obrony w najściślejszym tego słowa znaczeniu.

Obrony przede wszystkim własnej. Lecz czy tylko własnej? W 1920 r. młoda, naprędce organizowana armia polska odparła najazd czerwonych armii rosyjskich już u bram Warszawy. Pomyślmy, co by się było stało wówczas w sierpniu 1920 r., gdyby Polska była okazała mniej tego militaryzmu, gdyby wojska bolszewickie przekroczyły były Wisłę i stanęły na granicy Niemiec i Czechosłowacji, czyli w samym sercu Europy? Trudno wypowiadać w tej mierze jakieś aksjomaty, to jednak wydaje się oczywistym, że w razie militarnego swego załamania się byłaby runęła nie tylko Polska, lecz także wiele innych rzeczy w Środkowej i Zachodniej Europie.

Tak więc siła zbrojna Polski to instrument obrony nie tylko dla niej samej, lecz także dla reszty Europy, przynajmniej zaś dla tych warstw społeczeństwa europejskiego, które realizację ideałów komunistycznych, niesionych na końcach bagnetów rosyjskich, uważają za coś, przed czym bronić się należy wszystkimi środkami. Polska utrzymuje swoją armię i, ponosząc dla jej rozwoju ciężkie ofiary, spełnia tedy wielkie zadanie także wobec Europy.

Obrona zatem i tylko obrona jest celem armii polskiej. Ani cienia agresji w czyjąkolwiek stronę…, ani śladu potępienia godnej pychy i zgubnej wiary, że posiadanie własnej armii daje możność lekceważenia praw czyichkolwiek.

I nie jest to ze strony Polski żadna specjalna cnota, lecz wynik jasnego zrozumienia tego prostego faktu, że trzydziestomilionowe państwo, zaklinowane między dwoma kolosami: niemieckim i rosyjskim, stanąwszy na gruncie ideologii militarystycznej, stanęłoby na stanowisku zgoła beznadziejnym. Polska doskonale rozumie, że największy jej i najbardziej heroiczny wysiłek militarny nie dorównałby normalnemu napięciu sił tych dwóch kolosów, kiedy się im z powrotem zrosną połamane obecnie kości, Polska, której cały rejon węglowy, leżąc na samej granicy niemieckiej, może być w ciągu kilku godzin przez nieprzyjaciela zasypany bombami i nasycony gazami trującymi, Polska, której jedynie w teorii swobodne wyjście w świat prowadzi przez niemożliwy do militarnej obrony korytarz gdański, Polska ze swoją nieorganiczną siecią kolejową i swoją jedyną kolejową linią roszadową na wschodzie, która w pierwszych dniach mobilizacji może być potargana w kawałki przez rajdy kawalerii nieprzyjacielskiej, taka Polska nie może ulegać zaślepieniu na punkcie zadań, jakie zdolna jest podejmować i rozwiązywać nawet najsilniejsza i najlepsza jej armia. Na czym więc polegają te zadania? Oto na tym, aby armia polska była momentem możliwie największego ryzyka dla każdego, kto by umyślił podnieść dłoń zbrojną na państwo polskie, aby dalej stanowiła ważną część składową tych możliwości, jakie się dla obrony państwa w danym systemie europejskim nastręczają lub w danych warunkach nastręczać mogą. Polska, posiadając armię, może być sojusznikiem Francji i Rumunii. Bez armii sojusz ten, jeżeliby nawet istniał, byłby instrumentem niezmiernie ubogim.

Tak więc armia jest dla Polski nie czym innym, jak tylko wyrazem jej woli do wolnego życia i najważniejszym środkiem do obrony tej wolności. Polska ma armię, ale nie ma ani śladu militaryzmu jako ducha, jako ideologii specyficznej. Dlatego też nie ma w gruncie rzeczy sprzeczności między tymi dwoma z położenia Polski wynikającymi wnioskami, że musi ona prowadzić politykę zasadniczo i wszechstronnie pokojową, tudzież, że musi równocześnie utrzymywać armię większą, niżby to wynikać mogło z zimnego obliczenia jej sił i potrzeb gospodarczo-społecznych.

Toteż w szeregu państw, które najwięcej mają do zyskania w postępie – oby jak najszybszym – wielkiej idei trwałej pacyfikacji Europy i powszechnego rozbrojenia, czy chociażby tylko redukcji zbrojeń, Polska z natury rzeczy zajmuje miejsce jedno z pierwszych. Żadne bowiem państwo nie jest, tak jak Polska, przez system na militaryzmie oparty zagrożone, żadne dla obrony przed tymi niebezpieczeństwami nie ponosi ciężarów stosunkowo tak wielkich, jak Polska.

Jeżeli jednak Polska nie buduje na tej wielkiej idei pacyfistycznej w dzisiejszym stadium jej realizacji psychicznej i materialnej tyle, aby mogła przystąpić do redukcji swoich sił zbrojnych, aby mogła przestać myśleć o ich utrwaleniu i rozwinięciu, to czyż można o to winić Polskę, czyż nie rozstrzyga tu jako najwyższa instancja sama mentalność współ­czesnych narodów i ten poziom pojęć i wyobrażeń, na którym się one obecnie znajdują.

Czy i kiedy idea pacyfistyczna zejdzie z obłoków na naszą, co czas jakiś krwią oblaną ziemię, nie wiadomo. To jest natomiast pewne, że Polska w swoim położeniu geopolitycznym będzie pierwsza, która tę ideę, schodzącą naprawdę na ziemię jako realna siła, powita najgoręcej i najradośniej.

 

1 Otto von Bismarck (1815-1898) – prusko-niemiecki mąż stanu, poseł pruski przy sejmie związkowym we Frankfurcie, poseł w Rosji, ambasador we Francji. Stojąc od 1862 r. na czele rządu pruskiego, zapewnił Prusom hegemonię w Niemczech, o czym przesądziła zwycięska wojna z Austrią w 1866 r. Po zwycięstwie w wojnie z Francją (1870-1871) zwieńczył proces zjednoczenia Niemiec, stając się w 1871 r. pierwszym kanclerzem nowo utworzonego Cesarstwa Niemieckiego – w tej roli rozbudował ustawodawstwo socjalne i prowadził politykę Kulturkampfu. W 1890 r. – wobec niezgodnych z jego oczekiwaniami wyników wyborów i konfliktu z cesarzem Wilhelmem II – złożył dymisję.

 

*  *  *

Aleksander Skrzyński (1882-1931), hrabia, doktor nauk prawnych, dyplomata i polityk. Urodził się 19 marca 1882 r. w galicyjskich Zagórzanach. Studiował prawo na uniwersytetach w Wiedniu i Krakowie, uzyskując w 1906 r. stopień doktora praw. Karierę dyplomatyczną rozpoczął w dyplomacji austriackiej, w której pełnił służbę na placówkach w Hadze, Berlinie i Paryżu. Podczas I wojny światowej służył w wojsku austriackim (do przeniesienia do rezerwy w roku 1916), awansując od szeregowca do podporucznika – karierę wojskową odbywał u boku generała Tadeusza Rozwadowskiego. W niepodległej Rzeczypospolitej przystąpił do konserwatywnego Stronnictwa Prawicy Narodowej. W 1919 r. został posłem w Bukareszcie. W rządach Władysława Sikorskiego i Władysława Grabskiego był ministrem spraw zagranicznych (1922-1923, 1924-1926). W latach 1925-1926 stał na czele rządu RP – popierająca go koalicja (Związek Ludowo-Narodowy, Polskie Stronnictwo Chrześcijańskiej Demokracji, Narodowa Partia Robotnicza, PPS, PSL „Piast”) rozpadła się z powodu różnic programowych w kwestiach gospodarczych (opuścił ją PPS), na kilka dni przed zamachem majowym. Po zamachu Józefa Piłsudskiego zrezygnował z kariery politycznej. Zajmował się biznesem w przemyśle drzewnym. Zginął w wypadku samochodowym w pobliżu Ostrowa Wielkopolskiego 25 września 1931 r.

Prezentowany fragment pochodzi z książki Polska a pokój, Warszawa 1923, s. 79-91, będącej polską edycją pracy Poland and peace, która ukazała się w tym samym roku w Londynie.

 

*  *  *

Tekst opracowany w ramach projektu: Geopolityka i niepodległość – zadanie publiczne współfinansowane przez Ministerstwo Spraw Zagranicznych RP w konkursie „Wsparcie wymiaru samorządowego i obywatelskiego polskiej polityki zagranicznej 2018”. Publikacja wyraża jedynie poglądy autorów i nie może być utożsamiana z oficjalnym stanowiskiem Ministerstwa Spraw Zagranicznych RP.

Tekst jest dostępny na licencji Creative Commons Uznanie autorstwa 3.0 Polska. Pewne prawa zastrzeżone na rzecz Ośrodka Myśli Politycznej. Utwór powstał w ramach konkursu Wsparcie wymiaru samorządowego i obywatelskiego polskiej polityki zagranicznej 2018. Zezwala się na dowolne wykorzystanie utworu pod warunkiem zachowania ww. informacji, w tym informacji o stosownej licencji, o posiadaczach praw oraz o konkursie Wsparcie wymiaru samorządowego i obywatelskiego polskiej polityki zagranicznej 2018.