Na zachodzie bez zmian, czyli co słychać w sprawie niemieckiej dominacji

Trzeba ograniczać niemiecką dominację, czyli sytuacja w Europie wraca z grubsza do normy. Takiej dziejowej (tak, tak, pamiętamy okresy, kiedy Niemcy byli rozbici na całą masę państewek, a dominowała np. Francja). W każdym razie w związku z kryzysem greckim (czyli UE) pojawiają się naprawdę liczne głosy (nawet w samych Niemczech), że Berlin przesadza z narzucaniem swego stanowiska reszcie UE i że coś z tym trzeba zrobić.

 

Kolejny z artykułów stawiających taką tezę przedstawiamy w Przeglądzie prasy i Internetu na stronie usa-ue.pl. Jego autor – Phillipe Legrain, do niedawna doradca przewodniczącego Komisji Europejskiej, wykładowca London School of Economics – uważa, że kluczem do ograniczenia dominacji niemieckiej jest pozostanie w UE Wielkiej Brytanii. Trudno się z tym nie zgodzić, mimo wszelkich zastrzeżeń wobec polityki Davida Camerona. Londyn nadaje się obecnie do powstrzymywania Berlina znacznie lepiej niż Francja, mimo że Paryż nie wyzbył się przecież swych ambicji przewodzenia UE. Francuskie przewodzenie sprowadza się jednak w ostatnich latach głównie do dołączania do niemieckiego stanowiska – i prób przekonania wszystkich wokoło, a najbardziej własnego ego, że to decyzje równych sobie partnerów. Ponadto mówimy tu o państwie, które eksportowało już tyle niemądrych pomysłów, widząc w nich świetlaną przyszłość dla reszty Zachodu (i nie tylko), że choćby z tego powodu trudno kibicować mu w próbach odbudowania bardzo poważnie nadszarpniętej pozycji.

 

Zazwyczaj znacznie roztropniejsza Wielka Brytania przewodzić Europie nie chce, ale walcząc o swoje interesy w obrębie UE, oparte o zupełnie inne założenia niż wiele z tych przyświecających Niemcom, w największym stopniu spośród państw członkowskich może skutecznie stawiać im czoła i zarazem nie wystawiać zbyt słonego rachunku za swe usługi. Słabsze zaś podmioty mają zaś dzięki temu większe pole manewru na poziomie taktycznych porozumień przy załatwianiu poszczególnych ważnych dla nich kwestii.

 

Czy Londyn nadaje się na strategicznego partnera w kreowaniu kształtu UE na wiele lat, to już pytanie, na które znacznie trudniej udzielić jednoznacznej odpowiedzi – już choćby dlatego, że nawet jeśli referendum w sprawie Brexit zakończy się pozostaniem Wielkiej Brytanii w Unii, to nastroje eurosceptyczne będą w niej nadal tak silne, że temat wyjścia będzie powracać, a rządzący – czy to torysi, czy laburzyści – będą musieli uwzględniać je w swej polityce. Tyle że czym innym jest przeforsowanie własnej wizji UE, a czym innym niedopuszczenie, by ktoś inny ją nam narzucił. W kwestii pierwszej Londyn może być zbyt sceptyczny i zdystansowany co do tego, czy warto inwestować wiele energii w przebudowę Unii, nawet gdyby miała ona oznaczać rozsądny powrót do jej korzeni, gdy chodziło tylko i aż o stworzenie podstaw dla wygodnego i bezpiecznego życia przynajmniej dla części Europejczyków, a nie o realizację wydumanych ideologicznych projektów czy wyregulowanie wszystkiego do ostatniego szczegółu, jak gdyby złożony organizm europejski był kolejnym silnikiem BMW czy Mercedesa, czy co gorsza Renault lub Citroena. Co prawda David Cameron mówi niekiedy o tych korzeniach, ale zdaje sobie zapewne sprawę z tego, że zbyt wiele w Europie się zmieniło, łącznie z naturą samych Europejczyków, by istniała jakaś względnie prosta, czyli rokująca nadzieję na dotarcie do celu, droga do przywrócenia UE zasad, które kiedyś zapewniły jej bezprecedensowy wzrost poziomu życia.

 

Za to w drugiej kwestii – blokowania cudzych pomysłów na przebudowę UE – Londyn będzie niewątpliwie przydatny. Zwłaszcza można liczyć na niego w staraniach, by unijny centralizm do reszty się nie rozpanoszył. A póki co (i pewnie jeszcze długo), największą moc sprawczą, by z tego centralizmu skorzystać, ma Berlin. I tu wracamy do punktu wyjścia: Wielka Brytanio, jesteś potrzebna w  Unii Europejskiej, nawet jeśli myśl o tym może ci się wydać wstrętną.

 

Inna refleksja, jaka się nasuwa w związku z toczącą się obecnie dyskusją o miejscu Niemiec w UE, wiąże się z drugą dziejową europejską normą. Mianowicie tradycyjnie już zachód Europy mobilizuje się (znowu teza ze świadomością np. 1938 r. i Monachium), gdy staje w obliczu niemieckiej dominacji – a przynajmniej próbuje się zmobilizować. Nie ma natomiast tego stopnia wrażliwości w obliczu zagrożenia rosyjskiego. A przecież ono jest większe.

 

Można zżymać się na Niemców, ale póki co swą dominację opierają oni na przekuwaniu na realizację celów politycznych swego sukcesu gospodarczego. Czyli nawet jeśli w tym przesadzają, to w cywilizowanych granicach. Rosja idzie nieporównywalnie dalej. Niemcy mogą przejąć kolejny kawał greckiej gospodarki, ale nie zajmą teraz zbrojnie (stan na AD 2015, nie oceniać źle, jeśli np. za 50 lat sytuacja się zmieni) np. Półwyspu Chalcydyckiego. Nie będą kierować swoich rakiet na Ateny. Zakręcą kurek z pieniędzmi, ale jednak w granicach pewnych prawnie ustalonych ram.

 

Nie znaczy to, że należy lekceważyć ich dominującą rolę. Po pierwsze dlatego, że z reguły nie dzieje się w Europie dobrze, gdy ktoś w niej dominuje, albo chce dominować. Po drugie dlatego, że niemieckie koncepcje, jak poradzić sobie z kolejnymi, piętrzącymi się problemami UE, wyraz niemieckiej myśli politycznej i ekonomicznej, rzadko kiedy osiągają poziom wytworów niemieckiej myśli technicznej. Zatem warto poskramiać zapędy Berlina, choć najlepiej konstruktywnie, tzn. radzić sobie samemu na tyle dobrze, by nie stwarzać Niemcom pretekstu, by próbowali robić to za nas (może Grecy wreszcie to zrozumieli).

 

Niemniej jednak – Europo znaj proporcje. Boisz się Niemców? To popatrz też wreszcie uważniej na Rosję.

 

27.07.2015