Europa Środkowa widziana z Waszyngtonu – coraz bardziej oddalający się ląd

Ostatnie dziesięć dni września miałem okazję spędzić w Waszyngtonie i spotkać się z przedstawicielami amerykańskich think tanków oraz naukowcami zajmującymi się problematyką międzynarodową na tamtejszych uniwersytetach. Wszystkim napotkanym zadawałem to samo pytanie: jakie jest aktualne miejsce Europy Środkowej w polityce zagranicznej administracji prezydenta Obamy? Praktycznie każdy z moich rozmówców odpowiadał w ten sam sposób, niestety niezbyt optymistyczny z naszej perspektywy.

Odpowiedź na moje pytanie zawsze zaczynała się od tego samego stwierdzenia – Polska i inne państwa Europy Środkowej są członkami Unii Europejskiej, organizmu integrującego demokratyczne państwa na naszym kontynencie. I to cała Unia jest w chwili obecnej partnerem do rozmów dla prezydenta Obamy i polityków jego administracji, bez rozróżnienia na starych i nowych, środkowoeuropejskich, skandynawskich czy zachodnioeuropejskich. Na pierwszy rzut oka wszystko wygląda to bardzo atrakcyjnie, Stany Zjednoczone traktują nasz region jako ważną część konstrukcji europejskiej, mający swoje miejsce i znaczenie w podejmowaniu kluczowych decyzji. Cały ten piękny obraz byłby prawdziwy, gdyby nie kilka niuansów, które trochę mącą tą spokojną toń jeziora, po której płyniemy.

Pierwszy mały zgrzyt to powszechne utyskiwanie moich amerykańskich rozmówców, iż niby po wejściu w życie traktatu lizbońskiego już Obama wie, do kogo zadzwonić, ale nie ma pewności, czy ma to sens, gdyż każdy podkreślał, że unijny prezydent oraz baronessa naszej unijnej dyplomacji to osoby bez charyzmy, a co gorsze bez realnego wpływu. W ocenie moich akademickich rozmówców jest to doskonały pretekst, by relacje z Europą trochę schładzać, a jak trzeba rozwiązać szybko konkretny problem, to wystarczy omówić go z najważniejszymi i najbardziej wpływowymi politykami w Berlinie i Paryżu, czasami przełykając nawet gorzką pigułkę ich antyamerykańskich drobnych złośliwości. Ofiarą tak prowadzonej polityki nie jesteśmy tylko my w Środkowej Europie, ale także np. Brytyjczycy: kilkakrotnie w moich rozmowach podkreślano, że relacje na linii Waszyngton – Londyn są najgorsze w historii ostatnich lat.

Taka postawa Waszyngtonu jest zrozumiała i na swój polityczny sposób racjonalna z kilku powodów. Na przykładzie obecnej administracji bardzo wyraźnie sprawdza się pierwsze zdanie z licznych podręczników do stosunków międzynarodowych, że polityka zagraniczna jest podporządkowana polityce wewnętrznej. Jak często słyszałem w siedzibach waszyngtońskich think tanków – izolacjonizm Obamy jest porównywalny wyłącznie z okresem polityki Nixona, a głównym motywem przewodnim strategii politycznej jest podejmowanie działań zupełnie odwrotnych do polityki poprzedników. I jak nie zawsze można to podkreślać i sprzedawać społeczeństwu amerykańskiemu w polityce wewnętrznej, to w polityce zagranicznej takie działania są o wiele łatwiejsze i bardziej czytelne. Sprzyja temu fakt, że Unia w perspektywie amerykańskiej traci na znaczeniu, gdyż z jednej strony w dniu dzisiejszym jest obszarem stabilności i bezpieczeństwa regionalne, niezbyt ochotnym na większe angażowanie się w operacje prowadzone przez armię amerykańską, a do tego przez swoje praktyki protekcjonistyczne i własne problemy gospodarcze nie jest tak ciekawym partnerem wymiany handlowej jak rynki wschodzące. Oczywiście na to wszystko nakłada się zmiana nie tyle mapy zagrożeń (owe są podobnie definiowane jak za czasów poprzedniej administracji), ale zmiana recept, jak z tymi zagrożeniami walczyć. I tu pojawia nam się nowy gracz na szachownicy amerykańsko-europejskiej w postaci Rosji.

Właśnie pytanie o znaczenie i rolę polityki ‘resetu’ w relacjach amerykańsko-rosyjskich był drugim sakramentalnym, które stawiałem moim rozmówcom. W odpowiedzi padały różne stwierdzenia, ale jedno było powtarzane wszędzie. Pomysł na reset we wzajemnych relacjach był wynikiem owej strategii prowadzenia polityki zagranicznej odmiennie niż czyniła to administracja Busha, po wtóre stwarzał on nadzieję na włączenie Moskwy do rozwiązania największych wyzwań dla Waszyngtonu – rozwiązania problemów logistycznych kontyngentów NATO w Afganistanie, wywarcia wspólnego (co w mniemaniu obecnej administracji oznaczałoby skutecznego) nacisku na Teheran, by odstąpił od planów budowy broni atomowej, czy też obserwowanie i pilnowanie poczynań Pjongjangu. To wszystko zostało okraszone propozycją zawarcia układu rozbrojeniowego, co miało być dowodem na słuszność decyzji Komitetu Noblowskiego. Realizacja takiego strategicznego planu byłaby rzeczywiście dużym osiągnięciem, czymś co pozwoliłoby na ukazanie całej polityki zagranicznej w kategoriach spektakularnego sukcesu, co więcej przykryłoby nie zawsze dobrze odbierane posunięcia administracji w polityce wewnętrznej. A prezydent Obama potrzebuje sukcesu za wszelką cenę, by przykryć ostatnie porażki wyborcze i czymś pozytywnym podsumować połówkę kadencji, co stanowiłoby dobry punkt startu do walki o reelekcję. Z tego faktu doskonale sobie zdają sprawę przywódcy w Moskwie i wyraźnie postanowili maksymalnie wykorzystać nadarzającą się sposobność, by po paru latach spychania z areny międzynarodowej, zasiąść ponownie do stołu negocjacyjnego jak równy z równym.

Szybka i pozytywna odpowiedź na amerykański pomysł resetu wzajemnych relacji była w tej sytuacji czymś naturalnym, zwłaszcza że połączona z zapowiedzią całkowitej zmiany konstrukcji projektu budowy tarczy antyrakietowej z ogłoszonym wycofaniem się z budowy elementów tarczy w Polsce i Czechach (i tylko można się zastanawiać, kto dodatkowo podsunął prezydentowi pomysł, by o wycofaniu się ze współpracy z Polską publicznie oświadczyć w dniu 17 września). Ale to nie wszystkie pozycje na liście życzeń polityków kremlowskich. Z perspektywy zainteresowań administracji amerykańskiej zupełnie zniknął temat Ukrainy i Białorusi, a o Gruzji mówi się z coraz większym rozczarowaniem. Oczywiście łatwo jest wytłumaczyć taką politykę np. wyborami społeczeństwa ukraińskiego, które zawiedzione postawą liderów pomarańczowej rewolucji oddało władze w ręce Janukowycza. Ale, jak podkreślała część moich rozmówców, obecna administracja nie jest zainteresowana nawet monitorowaniem przestrzegania podstawowych standardów demokratycznych na Ukrainie i dopiero ostatnie działania podejmowane przez prezydenta Janukowycza sprowokowały, by Kijowowi przyglądać się z większą uwagą. O braku zainteresowania Ukrainą może świadczyć inny z pozoru błahy fakt. Podczas pobytu za Oceanem wziąłem udział w seminarium polsko-amerykańskim o Partnerstwie Wschodnim z udziałem przedstawicieli naszego rządu i licznego korpusu dyplomatycznego akredytowanego w Waszyngtonie. Wbrew moim oczekiwaniom głównym tematem była nie Ukraina, jako największe państwo objęte programem, ale Mołdawia przedstawiana jako wzór przemian. Podczas debaty poruszano m.in. kwestię Nadniestrza, konieczność reintegracji tej prowincji z Kiszyniowem. Nikt z trójki rosyjskich dyplomatów uczestniczących w seminarium nie zabrał głosu w dyskusji. Jeden z moich znajomych nie ukrywał zdumienia tym faktem i wyjaśnił, że do niedawna podobne stwierdzenia momentalnie byłyby komentowane i oprotestowywane przez dyplomatów rosyjskich. I w konkluzji rozstaliśmy się z nierozwiązanym pytaniem – czy milczenie Rosjan wobec pomysłów zbliżenia i włączenia Mołdawii w orbitę wpływów europejskich nie jest jakimś dowodem porozumienia, że Mołdawia może swoją politykę kierować bardziej ku zachodowi, a Ukraina zostanie w sferze wpływów rosyjskich. Jeśli taki byłby rzeczywisty obraz sytuacji oznaczałoby to poważną zmianę na geopolitycznej szachownicy.