Jeśli UE chce wygrać na Bałkanach, musi zacząć grać

Helena Truchlá

Bałkany to coś więcej niż szachownica potęg politycznych. Rosja rozgrywa tam jednak partię o wpływ. Wygra ten, czyje pionki nie uciekną na stronę nieprzyjaciela.

Czarnogóra ma nowy rząd. W wyniku wyborów parlamentarnych, które odbyły się pod koniec sierpnia, po raz pierwszy w czternastoletniej historii niezależnego państwa władzę zyskała opozycja. Jej przedstawiciele natychmiast po ogłoszeniu wyników zapewnili społeczeństwo, że co prawda nadchodzi wiele zmian, ale jedna rzecz zostanie po staremu: nacisk na jak najszybsze włączenie Czarnogóry do Unii Europejskiej i jej członkostwo w Sojuszu Północnoatlantyckim (NATO).

Kwestią zastanawiającą jest, czy nowy rząd ekspertów nominowanych przez trzy różne ugrupowania koalicyjne będzie w stanie działać stabilnie i jeśli dotrzyma swoich obietnic związanych z polityką zagraniczną. Według ubiegłorocznego sondażu agencji CEDEM wejścia do UE życzy sobie niewielka większość tamtejszych mieszkańców, ucieszyłoby ono również Europę. Z drugiej zaś strony dla Rosji taki krok nie byłby powodem do radości.

 

Jak pisze słowacki analityk rosyjskiego pochodzenia Grigorij Mesežnikov, niewiele jest państw europejskich, którym rosyjskie media poświęciły w ostatnich latach tyle uwagi. „Czytelnicy mogli odnieść wrażenie, że Czarnogóra jest krajem do cna skorumpowanym, krajem, w którym otwarcie rządzi mafia…najbardziej antyrosyjskie państwo na Bałkanach –

pisze Mesežnikov. To właśnie w Czarnogórze Kreml próbował cztery lata temu dokonać do tej pory najbardziej otwartej ingerencji w sprawy wewnętrzne państw w tym regionie, konkretnie chodziło o zamach stanu. Miało do niego dojść w październiku 2016 toku w stolicy państwa, Podgoricy, przy czym o kluczowej roli przywódców Federacji Rosyjskiej mówią zarówno czarnogórscy śledczy jak i źródła zachodnie.

 

Podczas puczu miał według planu zginąć ówczesny długoletni premier Milo Đukanović. Państwo miało następnie pogrążyć się w wojnie domowej, a w ostatecznym rozrachunku zmienić swoją decyzję o przyłączeniu się do NATO. W związku ze zdradą jednego z miejscowych uczestników ostatecznie do tego nie doszło, a Czarnogóra została członkiem Sojuszu zgodnie z pierwotnym planem, czyli niecały rok później. Według rosyjskich mediów Đukanović zrobił sobie przez to z Moskwy największego wroga.

 

Wojna polityczna na Bałkanach

 

Rozwój w Czarnogórze to swoisty zmniejszony model rosyjskich działań na całym terenie Bałkanów Zachodnich. Region naturalnie – choć nie we wszystkich aspektach zupełnie jednoznacznie – inklinuje w kierunku Zachodu, czemu Moskwa stara się przeszkodzić. „Jeśli Europejczycy i Amerykanie będą się mieszać w sytuację w rosyjskich strefach wpływu – w Mołdawii, na Ukrainie czy w Gruzji, Rosja może robić to samo gdzie indziej” – wyjaśnia rosyjską perspektywę Dimitar Bechev. Swoją analizę opracował dla Centrum Komunikacji Strategicznej NATO.

 

Bardziej asertywna rosyjska polityka zagraniczna związana z powrotem Vladimira Putina na fotel prezydenta w 2012 roku, a w reakcji na nią także wznowiony nacisk zachodnich sojuszników na europejską i północnoatlantycką współpracę zaczęły z lekkim opóźnieniem być odczuwalne również na Bałkanach. Trzy lata temu ówczesna szefowa unijnej dyplomacji Federica Mogherini ostrzegała, że właśnie ten region „mógłby się stać szachownicą politycznych potęg”. Dwa lata później bośniacki dziennik Osloboďenje w obszernym tekście reporterskim postawił diagnozę, iż „Rosjanie nie nadciągają, oni już tu są”.

 

Rosyjska obecność w każdym kraju wygląda inaczej ze względu na warunki polityczne, historyczne i kulturalne. Jej cel ma jednak podobne rysy: tworzenie chaosu i wzmacnianie napięcia, których potencjalnych źródeł w regionie nie brakuje. W ten sposób Rosja pośrednio komplikuje życie przede wszystkim europejskiej dwudziestce siódemce, która uważa stabilizację i przyjęcie państw bałkańskich między siebie za jeden ze swoich priorytetów politycznych. „Tragedia Bałkanów polega na tym, że nikomu zbyt nie zależy na tym regionie jako takim. Szczególnie dla Rosjan to tylko kolejne pole bitwy przeciwko UE.” –

mówi Mark Galeotti, brytyjski ekspert w kwestii rosyjskiej polityki zagranicznej. Dla Zachodu sytuacja w regionie jest kluczowym czynnikiem, od którego zależy polityka obrony i bezpieczeństwa UE oraz przyszłość współpracy transatlantyckiej.

 

Częścią rosyjskiej „wojny politycznej”, jak Galeotti nazywa działanie Moskwy, staje się wszystko, co wpisuje się w narrację rywalizacji z Zachodem. Chodzi o nacisk na „pansłowiańską” przyjaźń między narodami, sojusz wspólnot prawosławnych, wsparcie wybranych przedstawicieli elit lub ich grup jak również oczywiście propagandę i szerzenie dezinformacji. Głównym strategicznym celem Rosji ma być ograniczenie postępującego szerzenia się integracji europejskiej i transatlantyckiej. Jeśli się to nie uda – jak w przypadku Czarnogóry i NATO – do gry wchodzi inna alternatywa, czyli próba przyczynienia się do tego, aby państwa bałkańskie, które włączą się w struktury zachodnie, były aktorami jak najbardziej niestabilnymi, a więc destabilizującymi.

 

Rozwiązane problemy?

 

Rosyjskie działania są w większości znacznie subtelniejsze niż agresywna próba przeprowadzenia puczu w Czarnogórze, a także bardzo różnorodne. Albańczykom Moskwa proponuje darmowe kursy rosyjskiego, w Bośni i Hercegowinie wsparciem Kremlu cieszą się serbscy nacjonaliści i separatyści z kwestionującym zbrodnie wojenne z lat dziewięćdziesiątych Miloradem Dodikiem na czele. Moskwa jako stały członek Rady Bezpieczeństwa Organizacji Narodów Zjednoczonych (ONZ) blokuje przyjęcie serbskiego kiedyś Kosowa, co aż do teraz odpowiadało Belgradowi, który jest energetycznie zależny od Rosji. A rosyjskiego właściciela ma ponad czterdzieści procent nieruchomości na czarnogórskim wybrzeżu Adriatyku, na które najwięcej turystów przyjeżdża co roku właśnie z Rosji.

 

„Moskwa nie ma wpływu w znaczeniu wielkich inwestycji. Jeśli już jednak wydaje, robi to strategicznie” – wyjaśnia Galeotti. Przykładem może być na przykład osiem starszych myśliwców MIG-29, które Kreml podarował Belgradowi. Żeby Serbowie sami naprawili sobie większość z nich. „Rosję wyszło to tanio. Ale to myśliwce, będą latać ludziom nad głowami”. – wyjaśnia strategię Galeotti. Moskwa stara się w ten sposób wyolbrzymić swoją pomoc finansową w oczach Serbów, a jak wynika z badań opinii społecznej, udaje jej się to. A przecież więcej pieniędzy trafia do kraju z Europy.

 

Istotnym czynnikiem dla Moskwy jest także okoliczność, że jej interesy w regionie sięgają przynajmniej do XIX wieku. „Starają się prezentować jako potęga geopolityczna. To znaczy, że jeżeli ktoś spróbuje rozwiązać problemy Bałkanów Zachodnich bez Moskwy, Rosja postara się o to, by te problemy się nie skończyły” – dodaje Galeotti. On i inni eksperci zwracają jednak uwagę, że właśnie ta tradycyjna perspektywa geopolityczna zaczyna się być może zmieniać. Na kluczowych rozstajach byłby wówczas także rosyjski wpływ na Bałkanach. „W Moskwie są ludzie, którzy starają się propagować bardziej liberalną i łagodniejszą politykę zagraniczną. Gdyby się to udało, myślę, że Rosja raczej wycofałaby się z Bałkanów. Ze swojego zaangażowania na tym terenie czerpie bardzo małe zyski” – jest przekonany analityk. Podkreśla jednak, że na jakiekolwiek osądy jest jeszcze za wcześnie.

 

Pekin ante portas

 

Najpóźniej w tym punkcie należy przypomnieć, że choć Rosja stanowi na Bałkanach zasadniczego przeciwnika interesów europejskich, nie jest jedynym istotnym graczem niezachodnim, który się tutaj porusza. Strategią będącą de facto przeciwieństwem rosyjskiego podejścia są chińskie inwestycje na wielką skalę kierowane przede wszystkim do Albanii, Bośni i Hercegowiny, Macedonii czy Serbii. Centralnym punktem interesów Pekinu są energetyka i infrastruktura drogowa. Jako ilustracja tego, jak taka współpraca może wyglądać, jest po raz kolejny Czarnogóra. Chiny budują tam autostradę, która łączy port w Barze z Belgradem (Serbia). Projekt zwany „autostradą donikąd” przeciąga się i drożeje, co komplikuje pozycję Czarnogórców. Środki na budowę musieli pożyczyć właśnie w Chinach, które sa teraz właścicielami ponad jednej trzeciej ogromnego państwowego długu.

 

Niektórzy analitycy podkreślają, że Chiny, ale też na przykład inwestorzy z Zatoki Perskiej korzystają ze względu na swoje pieniądze i projekty raczej na stabilnej sytuacji niż na chaosie. Inni eksperci ostrzegają jednak przed możliwością, że republika ludowa może iść w ślady rosyjskiego wzoru i wykorzystywać poszczególne państwa nie tylko jako (otwarcie deklarowaną) bramę ekonomiczną do Europy, ale także jako polityczną tylną furtkę do rozkładu integracji europejskiej od środka. Spojrzenie na to, czy takie obawy są uzasadnione, dzieli obecnie również państwa członkowskie UE.

 

Mark Galeotti zwraca jednak uwagę, że „dziką kartę” Bałkanów, która mogłaby zmienić także rosyjską pozycję w regionie, ma w tej chwili w rękach ktoś inny: Turcja. Interesy i ambicje tego znacznie problematycznego członka NATO bywają czasami nazywane neoosmańskimi w kontekście dawnego imperium. Na Bałkanach oznacza to wsparcie skierowane do historycznie i kulturowo bliskich Albańczyków z Kosowa i Bośniaków, ewentualnie pomoc mniejszościom muzułmańskim w innych krajach. Czyli w dokładnie odwrotnym kierunku niż Rosja. „W Syrii czy na Kaukazie Południowym Rosja do tej pory akceptowała nową, bardziej asertywną turecką politykę zagraniczną, ale jeśli Ankara posunie się dalej w regionach, które Moskwa traktuje jako swoje, Rosja może się zdecydować na strzał ostrzegawczy. I to właśnie na terenie Bałkanów Zachodnich.” – uważa Galeotti.

 

Szachy europejskie

 

Jak zostało już powiedziane, naturalna trajektoria państw bałkańskich kieruje się na Zachód, do Europy. Przyszłe członkostwo w Unii negocjują wszystkie tamtejsze kraje, przy czym integracja cieszy się wsparciem ich mieszkańców. UE jest najistotniejszym partnerem handlowym regionu, ma w nim też najwięcej bezpośrednich inwestycji zagranicznych, z drugiej zaś strony młodzi ludzie wyjeżdżają do Europy na studia i za pracą. Jeśli chcielibyśmy trzymać się metafor szachowych, Europa jednoznacznie gra białymi. Rosja nie jest w stanie zaproponować państwom bałkańskim porównywalnej alternatywy. Tyle tylko, że szachowe porównanie jest w znacznym stopniu niewymierne. Państwa bałkańskie i ich mieszkańcy nie są figurkami, które czekają na to, aż ktoś przesunie je w jedną lub drugą stronę. Sami mogą przyłączyć się do jednej ze stron zależnie od tego, co im zaproponuje.

 

Dobrym przykładem kruchej strategii utrzymywania równowagi między korzyściami ewentualnego członkostwa w UE oraz dobrymi relacjami z zapewniającą dostawy energii Rosją jest Serbia. Wraz z Czarnogórą jest najbardziej zaawansowana, jeśli chodzi o negocjacje akcesyjne do UE, przeszkodą pozostaje brak porozumienia Belgradu z Kosowem. Kiedy Serbowie zaczęli wykazywać większą wolę porozumienia, Moskwa zareagowała natychmiast. „Zaczęli być znacznie mniej krytyczni wobec tego, że Serbia mogłaby potencjalnie być państwem członkowskim. Widzą, że nie przeprowadzono tam potrzebnych reform, więc jak tylko naprawdę wejdzie do Unii, będzie jej sprawiać kłopoty” –

zauważa Galeotti. Jednocześnie Moskwa zaczęła dążyć do zacieśnienia współpracy wojskowej z Belgradem, a w czasie pandemii COVID-19 zapewniła pomoc medyczną Serbom w Serbii i poza jej granicami w Bośni. Szach.

 

Jeśli zaś chodzi o UE, z jej strony pojawiło się w ostatnim czasie mało podobnych namacalnych gestów. Ostatnio we wznowionej strategii rozszerzenia z 2018 roku Bruksela wyraziła zainteresowanie przyjęciem w swoje szeregi wszystkich sześciu nieczłonkowskich państw z regionu Bałkanów Zachodnich łącznie z Kosowem, gotowość do wyłożenia niezbędnych środków finansowych i kapitału politycznego pozostaje jednak w tyle za retoryką. Przejawy tej sprzeczności są bardzo widoczne i trudne do wytłumaczenia. Na przykład początek rozmów akcesyjnych z Albanią i Macedonią Północną po pół roku zablokowała Francja mimo to, że oba kraje spełniły wszystkie postawione im warunki. Zaledwie kilka miesięcy później Bułgaria odmówiła przyjęcia propozycji wstępnych negocjacji z Macedonią Północną. Nie jest jasne, jak ta sytuacja się rozwiąże. Reprezentacja polityczna i opinia publiczna w państwach bałkańskich ma jednak w związku z tym uzasadniony powód do nieufności.

 

Szansa dla czeskiej prezydencji

 

„Wszystko, co w tej chwili proponuje UE to kontynuowanie udawania. Wy będziecie udawać, że przeprowadzacie potrzebne reformy, my będziemy udawać, że naprawdę oferujemy możliwość wejścia do wspólnoty” – ostrzega Galeotti. On i inni analitycy zgadzają się, że na nasilającym się poczuciu rozczarowania niespełnionymi obietnicami najbardziej korzysta Rosja. „Mówi: popatrzcie, nie proponujemy wam wiele, ale przynajmniej nie udajemy” – wyjaśnia. Rozwiązanie jest proste. Jeśli UE chce traktować Bałkany jako partię szachową, musi sama zacząć ją rozgrywać. Konkretną i ostatecznie niezmarnowaną okazją była pandemia COVID-19, podczas której Bruksela zaproponowała Bałkanom miliardową pomoc. W końcu publicznie za nią podziękował – choć z opóźnieniem i po gestach pozdrowień wobec Rosji i Chin – także serbski rząd.

 

Jeśli UE nie chce stracić na Bałkanach przewagi białych pionków, musi znacznie konkretniej odpowiedzieć na następujące pytanie: ile środków jest chętna wyłożyć na rozszerzenie i w jaki sposób? Konkretną okazję do wykazania się będzie wkrótce miała także czeska dyplomacja, która rozszerzenie UE w stronę Bałkanów także długotrwale uważa za swój priorytet. Za dwa lata bowiem czeski rząd przejmie prezydencję w Unii, a jednym z rozważanych tematów szczególnego szczytu, który mógłby się odbyć w jej ramach, jest właśnie przyszłość Bałkanów Zachodnich w kontekście ich europejskiej integracji.

 

Według Galeottiego Czechy mogłyby wykorzystać swój tradycyjny nacisk na prawa człowieka w polityce zagranicznej. „Macie w tej kwestii autorytet moralny” – zauważa brytyjski politolog i historyk. „Historia europejska to nie tylko dobre rządy, stabilność, uchwalanie potrzebnych ustaw i regulacji. Jej częścią jest także określenie związku między państwem a społeczeństwem. Jeśli udałoby wam się to połączyć, myślę, że byłoby to bardzo mocne przesłanie. Szczególnie dla regionu, jakim są Bałkany Zachodnie” – podsumowuje Galeotti.

 

 

 

Artykuł po raz pierwszy ukazał się w grudniu 2020 r. w czasopiśmie „Demokratický střed”.

 

Z czeskiego przetłumaczyła Zofia Bałdyga.

 

Brytyjski historyk i politolog Mark Galeotti (1965) pracuje na School of Slavonic and East European Studies (SSEES) na University College London (Wielka Brytania). Zajmuje się interdyscyplinarnymi badaniami nad polityką rosyjską, przestępczością zorganizowaną, bezpieczeństwem i stosunkami międzynarodowymi. Badawczo współpracuje również z instytutem Ústav mezinárodních vztahů w Pradze (Instytut Stosunków Międzynarodowych), w 2019 roku ukazała się po czesku jego książka Musíme si promluvit o Putinovi (We need to talk about Putin: How the West Gets Him Wrong).

 

Artykuł wsparty przez Forum Czesko-Polskie Ministerstwa Spraw Zagranicznych Republiki Czeskiej. Powstał on w ramach projektu realizowanego przez czeski think-tank AMO (Asociace pro mezinárodní otázky) przy współpracy Ośrodka Myśli Politycznej.