Koronakryzys nie sparaliżował Unii Europejskiej. Rysuje się wyjście z sytuacji

Karel Barták

Karel Barták

Były kierowniki jednostki ds. Koordynacji Kreatywnej Europy w Dyrekcji Generalnej ds. Edukacji i Kultury w Komisji Europejskiej. Swoją karierę rozpoczął w Czeskiej Agencji Informacyjnej, pracował w różnych mediach, działając również jako stały korespondent prasowy w Moskwie i Paryżu. Od przejścia na emeryturę w 2019 roku pracuje jako niezależny obserwator dla różnych czeskich mediów i współpracuje z think tankiem Europeum w Pradze.

Unia Europejska prawdopodobnie przyjmie masywny siedmioletni budżet, który spełni swoim pułapem wyzwania spowodowane kryzysem koronawirusowym. Propozycja przedstawiona przez Komisję Europejską zostanie w najbliższym czasie przeanalizowana przez rządy. Ostateczna decyzja należy do Rady Europejskiej, a w dalszej kolejności do Parlamentu Europejskiego. Scenariusz idealny zakłada szczęśliwy koniec ponad dwumiesięcznych wysiłków UE mających na celu poradzenie sobie z najgorszym kryzysem epidemiologicznym, a w konsekwencji również ekonomicznym i społecznym, jakiego doświadczyła powojenna Europa. Podczas gdy w marcu dominowały jednostronne mechanizmy narodowe, a o wspólnocie zapomniano, powoli powracała potrzeba współpracy i koordynacji. Przy spojrzeniu wstecz jasne jest, że po pierwszym wahaniu Unia Europejska wykonała dobrą pracę w nadzwyczajnych warunkach.

Karel Barták

Były kierowniki jednostki ds. Koordynacji Kreatywnej Europy w Dyrekcji Generalnej ds. Edukacji i Kultury w Komisji Europejskiej. Swoją karierę rozpoczął w Czeskiej Agencji Informacyjnej, pracował w różnych mediach, działając również jako stały korespondent prasowy w Moskwie i Paryżu. Od przejścia na emeryturę w 2019 roku pracuje jako niezależny obserwator dla różnych czeskich mediów i współpracuje z think tankiem Europeum w Pradze.

Propozycja Komisji Europejskiej z 27 maja przewiduje w budżecie unijnym sumę 1,85 biliona euro na okres 2021–2021. 750 miliardów z budżetu miałoby formę funduszu odnowy i było przeznaczone bezpośrednio na cele epidemiologiczne i natychmiastową naprawę „koronawirusowych” szkód ekonomicznych, reszta zostałaby spożytkowana według tradycyjnych procedur budżetów UE. Propozycja jest więc w znacznym stopniu odmienna od tej, która nie została przyjęta przez państwa członkowskie w lutym. Klasyczne siedmioletnie ramy budżetowe uwzględniają nieznacznie wyższe wydatki, natomiast fundusz odnowy nie ma w historii europejskiej żadnej analogii. 500 z 750 miliardów ma być przekazane odbiorcom w formie bezzwrotnych dotacji, 250 miliardów zaś trafi do dystrybucji jako pożyczki zwrotne. Komisja Europejska pożyczy całą sumę na korzystnych warunkach na rynku międzynarodowym. Pieniądze będą przeznaczone dla wszystkich i zostaną rozdzielone zgodnie z warunkami zawartymi wewnątrz długiego na trzydzieści stron dokumentu. Pierwszeństwo będą miały gospodarki, które najmocniej ucierpiały. Fundusz ma się więc stać praktycznym wyrazem solidarności jako wartości scalającej Unii Europejskiej – wsparcie otrzymają najbardziej potrzebujący, koszty poniosą wszyscy.

To właśnie podejście do tej zasady stało się w czasie pandemii wstydliwym pokazem diametralnych różnic w postrzeganiu sensu i wcielaniu w życie idei integracji europejskiej. Niemal totalna kwarantanna z wysokimi liczbami zarażeń i zgonów w tle miała miażdżące efekty dla Włoch, Hiszpanii, a do pewnego stopnia również Francji czy Belgii. Te kraje od marca z zapałem forsowały ideę emisji specjalnych europejskich obligacji, które pomogłyby im w uzdrowieniu gospodarki z udziałem pozostałych państw strefy euro. Spotkały się jednak ze zdecydowanym oporem grupy „oszczędnych”, czyli Holandii, Austrii, Danii i Szwecji, z zasady sprzeciwiających się tworzeniu wspólnego długu w jakiejkolwiek postaci. Kłótnia między oboma obozami przez długie tygodnie karmiła nagłówki gazet i z sukcesem odbierała wiarygodność pomocnej ręce Unii Europejskiej.

Na szczęście Niemcy, najsilniejsze i najbogatsze państwo wspólnoty, nadal ma na czele kanclerkę, która być może często zwleka i długo się zastanawia, ale w końcu zazwyczaj udaje jej się trafić w punkt. Podczas symultanicznego wystąpienia medialnego z prezydentem Francji Emmanuelem Macronem ogłosiła chęć pomocy państwom najbardziej dotkniętym kryzysem właśnie wspomnianą połową biliona. Opuściła wówczas szeregi „oszczędnych”, którzy długo na niej polegali, dała nadzieję tym najbardziej poszkodowanym, a przede wszystkim w chwili prawdziwej próby o skali, z którą UE nie spotkała się jeszcze w czasie swojego istnienia, odkurzyła kilka starych dobrych wartości. Był to nie tylko rozwód z niemiecką doktryną zrównoważonego europejskiego budżetu oraz niedzielenia żadnych długów, ale przede wszystkim akt godzien damy stanu.

Obserwatorzy w całej Europie spekulowali o tym, co kierowało kanclerz Merkel ku zwrotowi o 180 stopni – czy może poczucie odpowiedzialności historycznej, czy też, bardziej przyziemnie, był to wpływ wyroku niemieckiego Sądu Konstytucyjnego odmawiającego Europejskiemu Bankowi Centralnemu prawa do kupna obligacji rządów państw członkowskich. Pewną rolę odegrała na pewno jej popularność w kraju, znów wysoka po sprawnym opanowaniu pandemii, jak również zadowalających przygotowaniach do nadchodzącej prezydencji Niemiec w UE. Niezależnie od tego, jak naprawdę było, Merkel znów zaskoczyła, i to nie tylko polityków w całej Europie, ale także szczyt swojej własnej partii, CDU, oraz siostrzanej CSU. Współdziałała z Francją, więc wszyscy zrozumieli, że chodzi o bardzo silną propozycję.

Kolejne tygodnie pokażą, o ile „oszczędne” kraje będą się opierać temu ciśnieniu i uniemożliwiać kompromis na podstawie wspomnianej propozycji Komisji Europejskiej. Ich pierwsza reakcja na niemiecko-francuską propozycję była wyraźnie negatywna – we wspólnym oświadczeniu przecistawiły się współudziałowi w długu na poziomie europejskim oraz zwiększeniu unijnego budżetu. Jedyny sposób potencjalnej pomocy najbardziej poszkodowanym państwom to pożyczki, nie dotacje, w dodatku na bardzo surowych warunkach i pod ścisłą kontrolą. Czyli dokładnie to, co na przykład włoski premier Giuseppe Conte z założenia odrzuca.

Negatywna reakcja przyszła również z Pragi. Czechy będące dotychczas czystym odbiorcą środków z budżetu UE powinny teoretycznie ucieszyć się z jego proponowanego zwiększenia. Tyle tylko, że z dostępnych informacji jasno wynika, że dodatkowe pieniądze z wyżej wymienionych przyczyn łatwiej trafią w ręce Włoch czy Hiszpanii niż „zwykłych” konsumentów takich jak np. Czechy. Premierowi Andrejowi Babišowi nie podoba się, że najbardziej poszkodowani mieliby otrzymać więcej. „Byłoby niesprawiedliwe, gdybyśmy byli karani za to, że osiągnęliśmy sukces” – powiedział premier. Jego głos pozostał na szczęście osamotniony.

 

Liczne zastrzyki finansowe

 

Spadek ekonomii unijnej w roku 2020 szacuje się na siedem do dziesięciu procent. Wszystkie rządy uchwaliły obszerne pakiety antykryzysowe w celu zapobieżenia masowym bankructwom i fali zwolnień, jednocześnie znacznie się zadłużając. Mechanizmy przyjęte w poszczególnych krajach są kluczowe i znacznie przewyższają to, czego można się spodziewać na poziomie UE. Gest europejski jest jednak ważny jako zastrzyk dodatkowy, bodziec dla wspólnego rynku, a także jako gest polityczny świadczący o użyteczności projektu unijnego. O co konkretnie tutaj chodzi?

W tej chwili Komisja proponuje państwom członkowskim, by w zgodzie z dykcją umowy podstawowej wkłady do wspólnego budżetu wzrosły o dwa procent PKB brutto. Rządy nadal będą odprowadzać mniej, ok. 1,1 PKB, ale teoretyczne podwyższenie opłat będzie służyło jako zabezpieczenie kredytu w wysokości 750 miliardów euro, który Komisja Europejska na korzystnych warunkach pożyczy na rynkach międzynarodowych. Ta suma stanie się więc nadzwyczajną częścią składową siedmioletniego budżetu i będzie służyła do stłumienia konsekwencji ekonomicznych kryzysu spowodowanego przez koronawirus. W praktyce oznacza to, że pieniądze będą przekładane z jednej kieszeni do drugiej, a w ostatecznym rozrachunku bogaci przynajmniej częściowo zapłacą za pomoc bardziej potrzebującym. Wszystko za pośrednictwem budżetu UE. Komisja poinformowała także, iż m.in. poza wpłatami państw członkowskich do budżetu chciałaby, gdyby było to możliwe, wykorzystać również większy wkład własny – przewodnicząca Ursula von der Leyen wspominała o podatku węglowym na granicach zewnętrznych (chodziło by o podwyższenie cła w zależności od śladu ekologicznego konkretnego towaru pochodzącego spoza Unii), podatek od handlu zezwoleniami na emisje czy bliżej nieokreślony podatek cyfrowy, prawdopodobnie mający na celowniku internetowe olbrzymy takie jak np. Google. Każde z tych narzędzi jest jednak w pewien sposób kontrowersyjne i negocjacje w ich sprawie będą skomplikowane. Na szczęście los budżetu nie jest od nich zależny, w związku z tym, że spłacanie pożyczonych 750 miliardów ma się zacząć dopiero w 2028 roku.

Liderom dwudziestki siódemki zostanie więc przedstawiony projekt najwyższych ram budżetowych w historii UE zorientowany na ożywienie ekonomii. Jednocześnie jednak zachowuje główne priorytety ogłoszone przez Komisję na kolejne okresy takie jak np. walka ze zmianą klimatyczną czy cyfryzacja. Komisja stara się pokazać, że nie chodzi jej jedynie o powrót do stanu przed epidemią, ale że chce wykorzystać te kłopoty, by zmodyfikować kierunek rozwoju regenerujących się gospodarek. A to kolejny cierń w oku czeskiego rządu i jego premiera, który niechętnie słyszy o mieszaniu strategii koronawirusowej z jakimikolwiek ambicjami klimatycznymi. „Naukowcy wcześniej lub później znajdą szczepionkę na koronawirus” – powiedziała von der Leyen w Parlamencie Europejskim – „Ale na zmianę klimatu żadnej nie ma. Dlatego nie wolno nam wrócić do starych schematów i opierać odnowy na gospodarce dnia wczorajszego”.

Projekt ogromnego budżetu, który jest częścią agendy od 27 maja, będzie przedmiotem trudnych negocjacji państw członkowskich. Liderzy państw UE spotkają się 19 czerwca, fizycznie lub jeszcze wirtualnie, ale to pewnie będzie zaledwie wstępna, pierwsza sonda. Uwaga skierowana jest na proporcje dotacji i kredytów, wprowadzenie nowych podatków europejskich, warunki rozdzielania grantów zarówno z punktu widzenia skutków pandemii, jak i z perspektywy przyszłych priorytetów. Wszyscy będą liczyć, co na tym zyskają w porównaniu z pozostałymi i na ile wielkoduszności będą mogli sobie pozwolić, uwzględniając pozycję polityczną we własnych krajach oraz presję opozycji łącznie z nurtami politycznymi nastrojonymi antyeuropejsko, które wzmocniły się w wielu krajach.

W tym nowym kontekście łatwo jest zapomnieć, że państwa członkowskie już wcześniej w maju umówiły się w sprawie pakietu trzech mechanizmów kredytowych o wartości 540 miliardów euro. Pierwszym jest przeznaczenie 240 miliardów euro z funduszu ratunkowego strefy euro na pożyczki do budżetów państw członkowskich, w których walutą jest euro, w wysokości do dwóch procent ich PKB. Kolejne niecałe 50 miliardów mogłoby na podobnych warunkach zostać wydzielone z tak zwanego narzędzia BPI krajom poza strefą euro, a więc również Czechom. Dla wszystkich państw członkowskich są do dyspozycji kolejne dwa narzędzia – zwiększenie puli kredytów Europejskiego Banku Inwestycyjnego do 200 miliardów euro, głównie dla małych i średnich firm dotkniętych kryzysem oraz mobilizacja 100 miliardów na kredyty na kroki interwencyjne mające na celu wsparcie zatrudnienia. Komisja Europejska pożyczyła wspomnianą sumę na rynkach międzynarodowych. Powyższe trzy instrumenty zostały uruchomione w maju za zgodą wszystkich państw członkowskich łącznie z Czechami. Rząd czeski nie informował na razie, czy jest zainteresowany taką pożyczką i na co ewentualnie chciałby ją wykorzystać.

 

Parowiec nie zawiódł

 

Kryzys spowodowany rozprzestrzenianiem się choroby COVID-19 poglądowo pokazał, jak trudna może być współpraca w ramach Unii Europejskiej w przypadku wydarzeń tak wyjątkowych, nieoczekiwanych, o tak szerokim zakresie, do tego w sferze służby zdrowia, w której UE ma jedynie kompetencje wspierające. Od początku marca byliśmy świadkami dwudziestu siedmiu strategii, często bardzo odmiennych, jednostronnego zamykania granic i skupiania się na własnej, krajowej taktyce zwalczania zarazy. W pierwszej fazie nikt za bardzo nie pamiętał o Unii Europejskiej, a jeśli tak, to było to sarkania na ten czy inny aspekt mechanizmów krajowych. Chodziło na przykład o włoskie wyrzuty pod adresem państw takich jak Niemcy, które w pierwszych dniach epidemii zakazały eksport pomocy medycznych, w wyniku czego zostały oskarżone o brak solidarności. Unia jeszcze nigdy nie musiała stawić czoła tak trudnemu kryzysowi a jej nieobecność w pierwszych dniach, czy raczej brak poczucia, że konieczne są reakcje ponadnarodowe, prowadziła wielu komentatorów w stronę spekulacji, że właśnie te wydarzenia będą gwoździem do trumny UE, który przepowiada się jej już od Brexitu.

Zręczna reakcja na obecne zmiany sytuacji i kreatywna wynalazczość nie są typowymi cechami charakterystycznymi instytucji europejskich, które mają w genach zakodowany szacunek do norm prawnych i ruchy w ramach wyznaczonych przez nie granic. Czasami porównuje się je do wielkich parowców transoceanicznych, które po prostu nie są w stanie w sytuacji ekstremalnej kręcić się jak fryga niczym lekka żaglówka. Mimo to nie zawiodły mechanizmy, które miały zostać wprowadzone w ruch. W styczniu uruchomił się system profilaktycznych ostrzeżeń zachęcający do ostrożności przed epidemią, ale większość rządów nie traktowała jego sygnałów poważnie. Od lutego Komisja koordynowała repatriację Europejczyków z różnych zakątków świata. Niezwykle szybko przeznaczyła na projekty badawcze związane z nowym koronawirusem kolejne 232 miliony. Komisja Europejska zorganizowała online konferencję dobroczynną na najwyższym szczeblu, podczas której na rozwój szczepionki przeciwko COVID-19 zebrano siedem i pół miliona euro. Jednocześnie opracowano dziesiątki innych przeważnie technicznych kroków, wszystko w ramach ograniczonych kompetencji, o których była mowa.

Kiedy wirus powoli opanował wszystkie państwa Unii, pandemia zaczęła zagrażać podstawom ekonomii europejskiej i systemu finansowemu strefy euro. Szczególnie państwa korzystające z euro uświadomiły sobie, że z kryzysem trzeba będzie sobie radzić na szczeblu unijnym. Na propozycję Komisji państwa członkowskie uchwaliły wspólne zamówienia materiałów medycznych, rozdzieliły pozostałe środki z Funduszu Spójności oraz rozluźniły limity polityki budżetowej, aby rozwiązać państwom członkowskim ręce przy zwiększaniu deficytów. Komisja złagodziła zasady udzielania pomocy państwowej, z tym że już w okresie, kiedy poszczególni członkowie byli już na etapie uchwalania masowych zastrzyków w przedsiębiorstwa krajowe, co robili, nie pytając o zdanie Brukseli. Europejski Bank Centralny przyznał krajom strefy euro do dyspozycji dodatkowe 750 miliardów euro na interwencje gospodarcze. Co było korzystne, ale nie starczyło. Dlatego nastąpiła opisana wyżej „salwa” w postaci znacznych mechanizmów kredytowych, a w końcu także propozycji bezprecedensowego budżetu.

Opinia publiczna jak zwykle postrzega działanie UE raczej negatywnie. Rozpowszechniła się opinia, że „działała zbyt mało i zbyt późno”. Nie zrealizowała żadnej akcji propagandowej jak np. import maseczek z Chin przed kamerami i stojącymi na baczność politykami czy uroczysta defilada rosyjskich pojazdów wojskowych jadących z odsieczą włoskiej służbie zdrowia. Wiele napisano o błędach przewodniczącej Komisji Europejskiej Ursuli von der Leyen, na przykład kiedy krytykowała państwa takie jak m.in. Czechy za zamykanie granic w okresie, kiedy było jasne, jak słońce, że inaczej się nie da. Albo kiedy sprzeciwiła się emisji obligacji, co bardzo rozsierdziło państwa południowe. Tym państwom nie podobała się także jej wypowiedź, w której wzywała Europejczyków, by zostali w lecie w domu, co można odczytać jako niewrażliwość wobec państw z południa, które są bardziej uzależnione od ruchu turystycznego. Osłabiło to pozycję Komisji jako partnera bezstronnego. Z drugiej strony należy sobie przypomnieć, że nowa władza wykonawcza UE została powołana dopiero pod koniec listopada. Miała więc zaledwie parę tygodni na to, aby się zorientować, zanim nastała ta bezprecedensowa katastrofa i wywróciła do góry nogami wszystkie jej wcześniejsze plany.

 

Czeskie milczenie

 

Minister finansów Alena Schillerová nie wypowiedziała się jeszcze w kwestii reakcji rządu na ofertę korzystnych pożyczek z Europejskiego Mechanizmu Stabilności, od Europejskiego Banku Inwestycyjnego lub od Komisji Europejskiej. Opinia publiczna nie otrzymuje żadnych informacji o rezultatach regularnych wideokonferencji ministrów czy premierów dwudziestki siódemki, na których mówi się o wspólnych projektach i koordynacji. Jakby się nic nie działo.

W okresie, kiedy wszystkie kraje poszukują ścieżek zatrzymania spadku gospodarczego i zapobiegania katastrofom społecznym oraz ponownego wdrożenia produkcji i usług, widoczne jest istotne znaczenie jednolitego rynku wewnętrznego w Europie i czterech swobód, o które jest oparty. Rządy i przedsiębiorstwa walczą z brakiem towarów, części składowych, ale także siły roboczej. Przepływ osób przez granice się zatrzymał, a przepływ towaru został wyraźnie utrudniony. Właśnie dlatego Komisja Europejska wzywa do skoordynowanego zdejmowania nałożonych restrykcyjnych zabezpieczeń i prosi państwa członkowskie o informowanie pozostałych krajów oraz Brukseli. Stopniowy powrót do przynajmniej połowicznej normalności powinien być zorganizowany, chaos byłby w tej sytuacji niewybaczalny. Według badań opinii publicznej większość mieszkańców UE życzy sobie, aby wspólnota odegrała na tym etapie bardziej widoczną rolę. Po okresie negatywizmu i restrykcji powinna włożyć więcej energii w poszukiwanie wspólnego wyjścia z kryzysu, czyli współdzielić korzyści, ale i obowiązki wynikające z członkostwa w Unii.

Również czescy politycy powinni głębiej się nad tym zastanawiać i częściej o tym mówić. Do tej pory zasadniczo i celowo unikali kwestii roli Unii Europejskiej w tym kryzysie. Społeczeństwo dowiedziało się od prezydenta Miloša Zemana, że w odróżnieniu od Chin UE nie robi dla nas nic, a od premiera Babiša, że uwolnienie 30 miliardów koron z funduszy strukturalnych wcale nie było pomocnym gestem, ponieważ chodziło o „nasze pieniądze”. Jednocześnie jest jasne, że prawdopodobnie wcale nie pobieralibyśmy tych pieniędzy, a jeśli tak, musielibyśmy zapewnić współfinansowanie, które jest obecnie zawieszone. Ponadto nie moglibyśmy wykorzystać tych środków z taką dowolnością jak teraz. Tylko przypadkiem wicepremier Karel Havlíček przyznał, że to europejskie pieniądze zostały przeznaczone na udzielenie wsparcia jednoosobowym działalnościom gospodarczym w Czechach.

Koronakryzys przyniósł również kilka innych zagadnień, które wiążą się z naszym członkostwem w UE. Również w Czechach powodzeniem cieszą się najrozmaitsze teorie konspiracyjne o pochodzeniu pandemii, które rozpowszechniają trolle z Rosji czy Chin, próbując osłabić zaufanie do instytucji demokratycznych i wzmocnić różne nurty nacjonalistyczne i populistyczne. Na szczęście Komisja Europejska negocjuje z platformami jak np. YouTube czy Google, aby usuwały te kłamstwa, bardzo dobrze, że robi to właśnie czeska wiceprzewodnicząca Věra Jourová. Na poziomie krajowym nie byłoby to możliwe. A jeśli mówimy o demokracji, nie można nie wspomnieć o niefortunnych krokach obecnych rządzących w Polsce i na Węgrzech, którzy starają się wykorzystać stan wyjątkowy związany z epidemią, by przeforsować kolejne niedemokratyczne zamiary. Było by dobrze, gdyby czescy politycy również zabrali głos w tej sprawie, skoro tak sobie chwalą współpracę czwórki wyszehradzkiej.

W rozważaniach o przyszłości wiele mówi się o tym, że nie powinniśmy się starać wrócić do stanu normalności przed kryzysem, ale raczej wyciągnąć lekcję z niedociągnięć i braków, które zostały teraz zauważone i starać się ich unikać w przyszłości. Że powinniśmy przemyśleć pewne przyzwyczajenia i aspekty ekonomii globalnej i zapewnić sobie np. samowystarczalność w zakresie produkcji leków czy niektórych podstawowych produktów spożywczych i surowców. A kiedy znowu będziemy za ciężkie pieniądze uruchamiać ekonomię, nie powinniśmy wracać do starych porządków, ale myśleć o przyszłości. Siedmioletni budżet zaproponowany przez Komisję Europejską jest w ten sposób sformułowany. Uwzględnia solidarność z tymi, których kryzys najmocniej dotknął, zwraca również uwagę na zagrożenia klimatyczne w przyszłości oraz potrzeby technologiczne kontynentu europejskiego, jednocześnie dając bodziec do ujednolicania stanowiska UE odnośnie kwestii globalnych. Jego los będzie zależeć przede wszystkim od stopnia politycznego profetyzmu szefów państw członkowskich.

 

 

Artykuł po raz pierwszy ukazał się 5 czerwca 2020 r. w czasopiśmie „Demokratický střed”.

 

Z czeskiego przetłumaczyła Zofia Bałdyga.

 

Artykuł wsparty przez Forum Czesko-Polskie Ministerstwa Spraw Zagranicznych Republiki Czeskiej. Powstał on w ramach projektu realizowanego przez czeski think-tank AMO (Asociace pro mezinárodní otázky) przy współpracy Ośrodka Myśli Politycznej