Piętnaście lat w Unii Europejskiej: najwyższy czas zachowywać się na miarę tego

Ondřej Krutílek, Magda Komínková

W roku 2019 minie trzydzieści lat od „cudownego roku” wg Timothy’ego Gartona Asha i piętnaście lat od największego jak dotąd rozszerzenia Unii Europejskiej. Czesi, Morawianie, a także Ślązacy uczestniczyli w obu tych wydarzeniach. I w obu przypadkach wydaje się, że momenty historyczne, w których aktywnie brali udział, dla nich samych stopniowo rozmazują się w ich wyobraźni, a nawet stają się dla nich albo ich własną karykaturą, albo (co gorsza) argumentem za kwestionowaniem wszystkiego, co wydarzyło się od tamtego czasu. Poniższy wywód nie ma za zadanie dostarczyć kompleksowego wytłumaczenia tego, dlaczego w Republice Czeskiej, w setną rocznicę przywrócenia jej państwowości, na jej czele stoją populiści i socjaliści, aktywnie wspierani przez ugrupowanie komunistyczne. Jego celem – znacznie prostszym – jest zarysowanie plastycznego tła naszego codziennego zmagania się z ideą integracji europejskiej oraz pokazanie, że dzisiejszy, niejednoznaczny stosunek Czechów względem UE ma swoje początki w dalekich latach dziewięćdziesiątych. Przede wszystkim jednak tekst ten powinien dostarczyć rozwiązań, jak z tej sytuacji się wydostać. I nie chodzi tu bynajmniej o wezwanie do nieprzemyślanego w swoich krokach „Czechexitu”, lecz bardziej o apel, aby sformułować jasny, korzystny plan co do tego, co właściwie chcemy osiągnąć w UE i poprzez UE. Ponieważ bez względu na to, jaka by ta Unia nie była, nie mamy dla naszego kraju tak naprawdę innej możliwej alternatywy w Europie Zachodniej, czy to politycznej czy ekonomicznej.

Pomimo tego, że pierwsze kontakty Czechosłowacji z byłą Wspólnotą Europejską (WE) sięgają już połowy lat 80. ubiegłego wieku, prawdziwe napełnienie jej ideami zaczęło się pojawiać ze zrozumiałych powodów dopiero po roku 1989. W tym kontekście najczęściej podkreśla się, że siłą napędową tegoż były właśnie państwa Europy Środkowej i Wschodniej, które po rozpadzie dwubiegunowego świata znalazły się w całkowicie nowych (geo)politycznych warunkach i dlatego zaczęły poszukiwać dla siebie nowych zakotwiczeń, tym razem w strukturach zachodnich. Natomiast już mniej mówi się o tym, że koniec zimnej wojny wywołał szok również na Zachodzie. Być może brzmi to banalnie, ale właśnie fakt, że upadek żelaznej kurtyny jednakowo dotknął wszystkie kraje europejskie, bez względu na to, czy leżały na wschód czy na zachód od niej, miał decydujący wpływ na dalszy rozwój wydarzeń. Co oznacza, że określił też ich przyszłe oczekiwania, które, jak się wkrótce okazało, nie zawsze były spójne.

 

Optyka Wschodu

 

Kraje postkomunistyczne, w tym także Czechosłowacja, widziały to w sposób oczywisty: ponad czterdzieści lat totalitaryzmu wyrzuciło nas z miejsca, do którego zawsze należeliśmy historycznie i kulturowo, a teraz nie chcemy niczego więcej, jak tylko wrócić do tego miejsca z powrotem. I to właśnie „powrót do Europy” był tym hasłem, które wszystkich (lub prawie wszystkich) tak szlachetnie łączyło na początku lat dziewięćdziesiątych. W Czechosłowacji rozbrzmiewało ono nie tylko w mediach i wśród polityków, ale także w szeroko pojętym społeczeństwie. I nikogo tak naprawdę nie interesowało, co się pod tą odezwą tak naprawdę kryje, ani co ona w sobie rzeczywiście zawiera. A bynajmniej nie krył się tutaj powrót do współpracy pomiędzy nowymi, całkowicie suwerennymi państwami z tymi na zachód od nas, ale integracja w całość – jednorodną Europę cechującą się wysoce specyficzną strukturą i treścią, a co więcej wciąż ewoluującą w obu tych aspektach. Zarówno społeczeństwo, jak i politycy po prostu postrzegali „powrót do Europy” jako jedyny właściwy, a co więcej de facto automatyczny krok, który musi zostać wdrożony jak najszybciej. Nie tylko dlatego, że kraje Europy Zachodniej były uważane za symbol sukcesu gospodarczego, a sama WE jako rosnące centrum polityczne, przyciągające nawet kraje stojące na zewnątrz (jak na przykład bezstronna zupełnie Austria), ale głównie dlatego, że dołączenie się do wartości Zachodu oznaczało jednoczesne podpisanie się pod wartościami demokracji i nowoczesnej gospodarki rynkowej.

Integracja z WE oznaczała niezależne już „potwierdzenie”, że państwa Europy Środkowej i Wschodniej obrały właściwy kierunek transformacji wewnętrznej i że są w stanie go utrzymać.

Powyższy układ w wielu krajach na wschód od żelaznej kurtyny oznaczał, że tutaj praktycznie debaty na temat „powrotu do Europy” nie było. Projekt integracji europejskiej nie stał w sprzeczności z żadnym istotnym czynnikiem, a tym samym nie stanął bezpośrednio na drodze jego przyszłego rozwoju. Dostęp do WE został uznany w krajach Europy Środkowej i Wschodniej za nieideowy. W czasach postkomunistycznej euforii nie był nawet niespotykanym pogląd, że Zachód nas „pragnie”, a w UE natomiast nie mają nic innego do roboty niż masowo rozszerzać grono państw członkowskich o kolejne, pochodzące tym razem z upadającego bloku wschodniego.

 

Optyka Zachodu

 

Sytuacja na zachód od nas różniła się diametralnie. Upadek żelaznej kurtyny zaskoczył nie tylko kraje Europy Zachodniej, ale także samą Wspólnotę. Zarówno jedni, jak i drudzy okazali się na to zupełnie nieprzygotowani. Projekt integracji przechodził zasadnicze przemiany na przełomie lat osiemdziesiątych i dziewięćdziesiątych. Przede wszystkim zaś całość gospodarcza z jednolitym wewnętrznym rynkiem (którego tworzenie jednak miało być ukończone dopiero pod koniec 1992 roku) miała, w wyniku przyjęcia Traktatu z Maastricht, przemienić się w podmiot z własnymi celami politycznymi oraz ambicjami.

Należy przypomnieć, że, po pierwsze, wszystkie poprzednie rozszerzenia WE następowały po odpowiednim (choć często tylko z nazwy) pogłębieniu integracji, by wraz ze zwiększeniem liczby krajów członkowskich nie doszło do jej rozrzedzenia i, po drugie, że już miały miejsce negocjacje z Austrią, Finlandią, Szwecją oraz Norwegią, które miały grono członków WE/UE uzupełnić wcześniej niż inni. Innymi słowy, UE nie była w stanie bezpośrednio po roku 1989 zmierzyć się z krajami Europy Środkowej i Wschodniej innymi niż formalnymi reakcjami pod kątem obiecującej przyszłej współpracy. Natomiast kwestia ich członkostwa w ogóle nie była brana pod uwagę. Zarówno Unia Europejska, jak jej państwa członkowskie były ze względu na liczbę nagle „bezpańskich” krajów postkomunistycznych co najmniej ostrożne, zwłaszcza po skomplikowanym zjednoczeniu Niemiec (które było tak naprawdę rozszerzeniem UE o Niemcy Wschodnie). Swoją rolę odegrało również to, że zagrożenia wynikające z braku bliższych relacji pomiędzy WE a krajami Europy Środkowej i Wschodniej nie były na zachód od nas uznawane za duże. Aby wyrazić się jaśniej: ewentualna odnowa rosyjskiego imperializmu nie oznaczała dla krajów Europy Zachodniej takiego ryzyka politycznego ani zagrożenia bezpieczeństwa, jak dla świeżo wyzwolonych państw Europy Środkowej i Wschodniej. Z tego powodu potencjalne rozszerzenie na wschód od WE/UE stanowiło tylko jedno z szeregu zadań, a nie było to nawet zadanie najpilniejsze.

 

Mijanie się

 

Z czasem przedstawione wyżej różnice w postrzeganiu sytuacji po 1989 roku będą doskonale zrozumiałe. Spróbujmy sobie wyobrazić, jak „gorąco” byśmy teraz jako państwo członkowskie Unii Europejskiej reagowali na przykład na wymóg natychmiastowego rozszerzenia Unii o Ukrainę lub o wszystkie kraje Półwyspu Bałkańskiego. Ale właśnie ten moment wzajemnego niezrozumienia lub mówiąc lepiej, wspomnianego wyżej mijania, znacznie wpłynął na rozwój naszych stosunków z WE/UE w przyszłości. Naturalnie, głównie negatywnie.

Myśmy w Europie Środkowej i Wschodniej nastawili się na wejście do WE/UE, choć brakowało nam nawet elementarnego pojęcia, co cała idea integracji europejskiej może w sobie skrywać, jak członkostwo w tak specyficznym międzynarodowym stowarzyszeniu może wyglądać i że również może nieść ze sobą jakieś koszty. Przeważył argument, że wejście do WE/UE jest i powinno być celem samym w sobie. Dlatego oni w Europie Zachodniej wiedzieli, że ich nieufne podejście do potencjalnego rozszerzenia zostanie w końcu przez państwa Europy Środkowej i Wschodniej zaakceptowane. Co więcej, nie będzie nawet wprost kwestionowane ani stereotypowe podejście do przydługawego procesu negocjacyjnego, ani rzeczywisty brak rozróżnienia pomiędzy pojedynczymi kandydującymi krajami, jeśli na końcu całej tej gehenny będą mieć pewność, że staną się członkami Wspólnoty, o wstąpieniu do której tak marzą.

 

Depolityzacja i podwójna transformacja

 

Rzeczywiste konsekwencje ze strony państw Europy Środkowej i Wschodniej (oraz Republiki Czeskiej oddzielnie) były dwie. Jedna zaczęła się pojawiać natychmiast po nawiązaniu pierwszych kontaktów z UE, wagę drugiej początkowo bagatelizowano, ale z tym większą intensywnością pojawiła się później, w trakcie procesu akcesyjnego, a jej echa wpływają na nasze relacje z UE w dużej mierze już dziś.

W pierwszym przypadku mówimy o biurokratyzacji, względnie o odpolitycznieniu naszej relacji z WE/UE, wynikającym z faktu, że „powrót do Europy” był u nas – w przeciwieństwie do krajowych kwestii politycznych – do osiągnięcia na drodze konsensusu do tego stopnia, że dopiero występujące z rzadka „wrzaski” były przedmiotem poważnej politycznej debaty. Nie wspominając o tym, że po stronie WE/UE takie podejście było tak czy owak wymagane od nas podczas znacznej części procesu negocjacji. Doprowadziło to nas do celu (członkami UE staliśmy się dzięki urzędnikom), ale z tym podstawowym minusem, żeśmy się z tą Unią nigdy właściwie nie zintegrowali, nie zaakceptowaliśmy, że jesteśmy jej częścią, że możemy aktywnie uczestniczyć zarówno w codziennej pracy, jak i biorąc udział przy ewentualnych zmianach parametrycznych i/lub strukturalnych, aby projekt integracji europejskiej odzwierciedlał również nasze interesy. I na odwrót, zaczęła się ujawniać druga z implikacji – lęk przed podwójną transformacją, którą szczegółowo opisał Petr Fiala w czeskim środowisku.

Zauważył on, że kraje Europy Środkowej i Wschodniej od razu po upadku komunizmu musiały przystąpić do głębokiej transformacji, której celem miało być utworzenie jednolitego systemu demokratycznego z funkcjonującą gospodarką rynkową. Tak zdefiniowana transformacja miała wewnętrzną motywację – opierała się na woli społeczeństwa, które samo chciało przejść ów proces. Z czasem jednak, w związku z wysiłkiem podejmowanym w ramach akcesji do UE, nałożona zewnętrznie żądana transformacja polegała na przystosowaniu środowiska politycznego, gospodarczego i prawnego w krajach kandydujących do technicznych i biurokratycznych wymagań UE. W skrócie, pozbyliśmy się jednego jarzma (RWPG) i od razu weszliśmy w drugie (UE). Jest to oczywiście kulawe porównanie, wynikające również z wyżej wspomnianego braku debaty na temat zaangażowania Republiki Czeskiej w UE. Jednocześnie jednak prawdą jest, że wiele aspektów procesu akcesyjnego było praktycznie niezrozumiałych, a także trudnych do uchwycenia dla tzw. niezainteresowanych. Była to prawdopodobnie mniejszość, ale swoją rolę odgrywały w tych czasach takie szczegóły, jak na przykład to, kto dla nas Unię reprezentował i czy dało się z nim łatwo identyfikować. A trzeba przyznać, że Günter Verheugen, komisarz ds. rozszerzenia w kluczowych latach 1999-2004, nie był dla większości społeczeństwa, nawet dla polityków, odpowiednią postacią na swoim miejscu.

 

Trzy etapy

 

Z perspektywy czasu stosunki między Czechosłowacją, a właściwie Czechami i WE/UE można podzielić na dwie równe połowy – pierwsze piętnaście lat do momentu przystąpienia i drugie piętnaście lat po przystąpieniu. Pierwszy etap można (jeśli chodzi o stopień odpolitycznienia i postrzegania problemu podwójnej transformacji) podzielić wewnętrznie na lata 1989-1996, kiedy ubiegaliśmy się o członkostwo w UE i okres 1996-2004, kiedy wchodziliśmy do UE już realnie.

 

Etap pierwszy: niekrytyczne („chwalipięckie”) tak

 

Natychmiast po listopadzie 1989 r. przestrzeń publiczną w Czechosłowacji opanowało wspomniane już hasło „powrotu do Europy”. Hasło jest zrozumiałe, przenikliwe, ale również dość elastyczne, dzięki czemu każdy może związać z nim treść, która jest mu najbliższa. Ogólne pojmowanie integracji europejskiej było w tamtym czasie słabe, nie mówiąc już o tym, czy ktoś dobrze to rozumiał. Z drugiej strony: do sformułowania podstawowego nurtu polityki zagranicznej, ku której zmierzała Czechosłowacja, hasło to wtedy wystarczyło. Główna wówczas siła polityczna, Forum Obywatelskie z szanowanym, nieformalnym przywódcą Václavem Havlem na czele, hasło to rozumiało szeroko jako aktywność dyplomatyczną mającą na celu ponowne nawiązanie stosunków z krajami, z którymi mieliśmy ograniczone relacje lub właściwie żadne, tym samym „spowodowało”, że każdy mógł sobie cokolwiek pod tym wyobrazić. „Powrót do Europy” był wspierany przez partie i ruchy polityczne. Jedynym wyjątkiem byli komuniści. Badanie przeprowadzone w Czechosłowacji na początku lat dziewięćdziesiątych potwierdziło, że ponad połowa respondentów (60%) ma pozytywny stosunek względem UE i ponad trzy czwarte (85%) popiera wejście do Unii, co stanowiło w obu przypadkach wynik powyżej średniej uzyskanej w innych krajach Europy Środkowej i Wschodniej. 

Formalnie Czechosłowacja zaczęła zbliżać się do UE po 16 grudnia 1991 roku, kiedy to po raz pierwszy negocjowała umowę stowarzyszeniową oraz tzw. umowę przejściową w sprawie handlu i kwestii związanych z handlem. Jednak z powodu rozpadu Czechosłowacji na republiki Czeską i Słowacką, nowa umowa stowarzyszeniowa została podpisana w październiku 1993 r., na miesiąc przed wejściem Traktatu z Maastricht. WE „w jedną noc” stała się UE, co doprowadziło do tego, że integracja europejska do państw członkowskich i ich obywateli jeszcze bardziej „przybliżyła” się pod względem konkretnych rezultatów, a „oddaliła się” w sensie metody oraz decyzji lokalizacyjnych. W tym czasie również zaczęły pojawiać się pierwsze oznaki, że co poniektóre państwa członkowskie wcale nie zamierzają przyjmować z otwartymi ramionami krajów Europy Środkowej i Wschodniej. W szczególności były to Francja, Belgia, Portugalia i Grecja, które obawiały się nadmiernej liberalizacji handlu produktami rolnymi i tekstylnymi.

Oba te momenty zostały przez nas w Czechach dostrzeżone, ale nie zwracaliśmy na nie zbyt dużej uwagi przez wzgląd na ciągłą euforię porewolucyjną, w której się znajdowaliśmy w tamtym okresie. Szczególnie, że szczyt w Kopenhadze w czerwcu 1993 r. otworzył możliwość rozszerzenia UE na kraje Europy Środkowej i Wschodniej, które podpisały układ o stowarzyszeniu. Druga część komunikatu, że nastąpi to tylko przy założenie, że będą one w stanie podjąć bezprecedensowe obowiązki wynikające z członkostwa, oraz że akceptują wymagane warunki ekonomiczne i polityczne, a także mają wystarczający potencjał administracyjny i sądowy potrzebny do przyjęcia acquis communautaire, zanikła w kakofonii innych, silniejszych dźwięków. Nie poświęciliśmy zbyt wiele uwagi pierwszym poważniejszym wątpliwościom ze strony UE jako całości (a nie tylko ze strony niektórych państw członkowskich), które wybrzmiały na szczycie w Essen w grudniu 1994 roku, gdy Rada Europejska wezwała Komisję do przeprowadzenia szczegółowej analizy wpływu rozszerzenia wschodniego na różne obszary polityk UE oraz na cały jej przyszły rozwój.

Pierwszy etap budowania relacji z WE/UE był wreszcie interesujący z dwóch powodów. Po pierwsze, dzięki rzadkiej jednomyślności, do której doszło w sprawie „powrotu do Europy” pomiędzy dwoma rywalami w czeskiej polityce, prezydentem Václavem Havlem a ówczesnym premierem Václavem Klausem. Z dzisiejszego punktu widzenia ciekawe jest to, że to właśnie Václav Klaus, który był eurosceptykiem, na początku 1993 roku wysłał list do przewodniczącego Komisji Jacquesa Delorsa, w którym ujął integrację Republiki Czeskiej z WE/UE jako jeden z priorytetów czeskiej polityki zagranicznej. Po drugie, ze względu na „sprawę memorandum”. Chodziło o to, że w chwili złożenia wniosku o członkostwo w UE, w Republice Czeskiej wisiało w powietrzu pytanie, czy powinien to być jedynie prosty tekst wykonawczy, czy odwrotnie, obszerny materiał pełniej opisujący naszą pozycję. Wówczas ówczesny ambasador przy UE Josef Kreuter poparł wniosek uzupełniający memorandum. Powodem tego było przekonanie, że byliśmy postrzegani przez UE jako państwo z członkostwa obiecujące tylko wolny rynek. W związku z tym wniosek powinien zostać uzupełniony o wymiar polityczny, chociaż nie było jasne, w jaki sposób rząd ostatecznie się do tego odniesie. Najbardziej paradoksalną rzeczą w całej sprawie było w końcu to, że u nas memorandum było przedmiotem krytyki z tytułu nierównowagi jego tonu – za bardzo prounijnego, podczas gdy UE była postrzegana jako arogancki i napuszony twór. Tak Unię odbierali ci, którzy nie mieli z nią żadnego doświadczenia, a sami zmagali się z własnymi problemami.

Republika Czeska ostatecznie złożyła wniosek w UE w dniu 17 stycznia 1996 r. wraz z memorandum i weszła w nieco niefortunne negocjacje z UE (ale jednocześnie symboliczne) z etykietą wichrzyciela, który stara się zwracać na siebie uwagę i lubi wyróżniać się z tłumu.

 

Etap drugi: tak!

 

Natychmiast po złożeniu wniosku do UE nic się nie zmieniło w opisywanym stanowisku Republiki Czeskiej. Zmiany w sensie odpolitycznienia i percepcji problemu podwójnej transformacji następowały stopniowo, wraz z rozwojem procesu negocjacji. Ale na to ważniejsze czynniki miały wpływ.

Najważniejsze jest to, aby zdać sobie sprawę, że zarówno dla Republiki Czech, jak i dla samej UE lata 1996-2004 były same w sobie niezwykle burzliwymi, tak więc bez względu na fakt, że Unia po zakończeniu rozszerzania w kierunku północnym w 1995 roku zaczęła się bardziej intensywnie starać się o bezprecedensową ekspansję na wschodzie. W przypadku Republiki Czeskiej odegrała swoją rolę wewnętrzna niestabilność polityczna (w owym okresie współistniały w Czechach jednocześnie cztery ideologicznie i strukturalnie zupełnie różne rządy – Václava Klausa, Josefa Tošovský’ego, Milosa Zemana i Vladimira Špidla), w przypadku UE znowu znacznie zmieniały się jej wewnętrzne reguły, a tym samym ustawienia różnych obszarów polityk (zasady powinny być wiążące dla krajów kandydujących z Europy Środkowej i Wschodniej). Traktat Amsterdamski został zatwierdzony w 1997 roku, Traktat z Nicei w 2001 roku, nie wspominając o przygotowywaniu niezwykle ambitnej, choć ostatecznie nie zatwierdzonej „Konstytucji Europejskiej”.

Osiem lat przed rozszerzeniem UE w maju 2004 roku było okresem, w którym mieliśmy niepowtarzalną okazję do negocjowania warunków, aby w możliwie jak najszerszym zakresie nam odpowiadały, oczywiście biorąc pod uwagę fakt, że acquis communautaire jest ostatecznie „niepodzielne”. Jednak interwał czasowy był dość krótki, ponieważ rozmowy rozpoczęły się dopiero w kwietniu 1998 r., po tym jak Rada Europejska w grudniu 1997 r. oficjalnie zaoferowała członkostwo jedenastu krajom kandydującym, przy czym ostateczna „umowa” miała potem jeszcze być ratyfikowana, nie tylko w naszym kraju, ale przede wszystkim we wszystkich piętnastu państwach członkowskich, które wówczas tworzyły UE. Po stronie czeskiej widoczny był brak bardziej uporządkowanej koncepcji aktywnego negocjowania z UE („powrót do Europy” trwał dosyć krótko), Unii z kolei brakowało doświadczenia w pracy z tak dużą, a nawet heterogeniczną grupą państw kandydujących, nota bene nowych i nieumocnionych jeszcze demokracji.

Najbardziej widocznym przejawem negocjacji w sprawie przystąpienia do UE była publikacja regularnych sprawozdań oceniających Komisji. W przeciwieństwie do poprzednich rozszerzeń, tak zwana avis została „kontynuowana”. UE miała kilka atutów: mogła z czasem zmienić oceny poszczególnych krajów kandydujących i postępować zgodnie z metodą „dziel i rządź” w odniesieniu do wszystkich jedenastu krajów. Tak zwane badanie porównawcze, porównujące ustawodawstwo krajów kandydujących z prawem UE, a następnie rozmowy dwustronne wkrótce ujawniły, że kraje UE Europy Środkowo-Wschodniej w ogóle nie znały i posiadały jedynie minimum zweryfikowanych informacji, co doprowadziło do paradoksalnych sytuacji, kiedy to w Brukseli tak naprawdę nie byli w stanie odróżnić Warszawy, Pragi i być może Tallina. Inną, negatywną cechą wybranej taktyki był fakt, że uczyniła ona z krajów kandydujących konkurentów, którzy zamiast współpracować ze sobą przy przystępowaniu do UE, do UE – choć osiągnęli (w sposób przeciwny do zamierzonego) maksimum – zabiegali głównie o to, aby następne sprawozdanie z oceny było tak dobre jak poprzednie, lub żeby sformułowanie było jeszcze lepsze (ponieważ rzeczywista poprawa nigdy nie może się wydarzyć w dłuższej perspektywie).

Pierwszy raport oceniający Czechy z 1998 r. był dość krytyczny, szczególnie w dziedzinie administracji państwowej i sądownictwa. W związku z tym rząd próbował przyspieszyć proces ujednolicenia prawa czeskiego z prawem UE i przyjął dokument „Strategia gospodarcza przystąpienia do UE”. Tabela wyników z 1999 r. (ale także z 2000 r.) również to potwierdzała, podobnie jak potwierdzała na przykład postęp w kwestii liberalizacji przepływów kapitału lub też przyjęcie podstawowych zasad wdrażania polityki regionalnej. Natomiast bardzo krytycznie opisywała sytuację Romów, która z czasem stała się takim wiecznie aktualnym „evergreenem”, podobnie zresztą jak kwestie administracji państwowej, elektrowni jądrowej Temelin lub powojennych dekretów Benesza (przy czym żaden z tych dwóch ostatnich punktów nie stanowił przeszkody prawnej, aby Republika Czeska nie mogła wejść do Unii Europejskiej).

W rzeczywistości, negocjacje w trzydziestu jeden rozdziałach acquis communautaire kierowane były przede wszystkim przez (odpowiednich) urzędników, a ich praca była koordynowana przez wiceministra spraw zagranicznych Pavla Teličkę. Na co dzień oczywiście nie mogło to wyglądać inaczej, natomiast problem polegał na tym, że rzadko mieli oni wyraźny do tego mandat polityczny. Drugi rząd Václava Klausa (1996-1998) szczególnie podkreślał znaczenie oraz korzyści płynące z integracji gospodarczej (czyli niepogłębiania UE), rząd Josefa Tošovskiego, który powstał po dramatycznym upadku poprzedniego gabinetu (1998), oprócz spowolnienia już i tak mało intensywnych negocjacji, zapisał się w historii „wojną na jabłka” (wprowadzenie kontyngentów na przywóz jabłek z UE), a rząd mniejszościowy Milosa Zemana (1998-2002) został zmuszony, pomimo skomplikowanej wewnętrznej sytuacji politycznej wokół tak zwanego porozumienia opozycji, do rozwiązania przede wszystkim wspomnianej kwestii Temelinu i dekretów Benesza. Rząd Vladimíra Špidli (2002-2004) działał już w czasach, gdy na jakąkolwiek istotną zmianę kursu było już za późno; decydowały się ostatnie, ale nie mniej ważne rozdziały negocjacyjne (rolnictwo, transport, budżet).

Pierwsze mocniejsze zastrzeżenia dotyczące UE zaczęły pojawiać się w związku z kwestiami, które nie były bezpośrednio związane z naszym wejściem do niej – ze sprawą Temelina oraz dekretów Benesza. Później głównymi kwestiami debat były tzw. dochód netto w okresie 2004-2006 (najniższy na głowę spośród wszystkich krajów kandydujących) oraz charakter wynegocjowanych okresów przejściowych. Niestety, w ani jednym przypadku nie byliśmy w stanie wykorzystać tej sytuacji, aby sformułować choć odrobinę korzystny program. Wzmocnił to również fakt, że konkretne parametry wejścia do UE pozostały w rezerwie praktycznie wszystkich zainteresowanych stron (z wyjątkiem odpowiednich urzędników).

Referendum w sprawie przystąpienia do UE w czerwcu 2003 r. oczywiście odzwierciedlało te nastroje. Niezwykle uproszczona kampania była jednostronnie kierowana przez rząd i nie oferowała obiektywnego obrazu członkostwa w UE. Frekwencja przekroczyła 50%, ale wartość 55,21% była trzecią najniższą w porównaniu z innymi krajami przystępującymi. Za przystąpieniem głosowało 77,33%.

Przystąpienie Republiki Czeskiej do UE w maju 2004 r. można określić dwoma słowami: zmęczenie i obawa. Zmęczenie, ponieważ „powrót do Europy” po roku 1989 był jednym z naszych głównych celów i został uznany za kluczowy element udanej transformacji, jednak entuzjazmu nie podzielała ostatecznie żadna ze stron. Obawa czy też niepewność wynikała stąd, że ani dla opinii publicznej, ani także dla wielu polityków, przez długi czas nie było jasne, gdzie właściwie wchodzimy (patrz przekształcenie WE w UE, dwie kolejne nowelizacje umów wewnątrzunijnych, wejście Traktatu amsterdamskiego i Traktat z Nicei, podczas gdy trzeci był w drodze – Traktat ustanawiający Konstytucję dla Europy). Czeska opinia publiczna zaakceptowała przystąpienie w najlepszym przypadku z obojętnością, a w gorszym ze zmartwieniem i strachem.

 

Etap trzeci: Tak, ale…

 

Wejście do UE a bycie jej prawdziwym członkiem to dwie zupełnie różne rzeczy. Przede wszystkim dlatego, że jako członkowie możemy mieć bezpośredni wpływ na to, dokąd i w jaki sposób projekt integracji europejskiej będzie zmierzał. Jednak, biorąc pod uwagę nastawienie mentalne Republiki Czeskiej w przeszłości, ten czynnik po rozszerzeniu w 2004 r. (a w rzeczywistości później) nie został należycie wzięty pod uwagę. Wręcz przeciwnie, zwyciężyło rozczarowanie i defetyzm. Dotyczy to nie tylko polityków, ale przede wszystkim społeczeństwa. 

O finansach w latach 2004-2006 już wspominaliśmy, podobnie jak o okresach przejściowych, z których najbardziej problematyczne okazały się te dotyczące siedmioletniego zakazu swobodnego przepływu osób i stopniowego oraz bardzo powolnego wchodzenia płatności bezpośrednich w rolnictwie. Jednak z niezrozumieniem spotkał się zaraz po akcesji do UE również proces formalnego tworzenia jej konstytucji. Podczas gdy rząd przyjmował go z zadowoleniem, opozycja krytykowała, tym bardziej, że rząd nie konsultował się w kwestiach o tak zasadniczym znaczeniu z innymi stronami.

Spojrzenie wstecz na trzy pięciolecia naszego członkostwa w UE wskazuje z jednej strony na długą serię tych udanych oraz tych mniej pomyślnych reakcji na to, co się dzieje w UE, a z drugiej strony na praktyczny brak jakiegokolwiek własnego działania, przynajmniej pod względem formułowania podstawowych tez, jak z UE (a przede wszystkim w jej ramach) pracować, ale w taki sposób, aby były akceptowane w długim okresie w całym swoim spektrum.

Należy wspomnieć zarówno dość absurdalne, ale znaczące kwestie typu „prohibicja” rumu, wycofanie masła „do smarowania” bądź żarówek lub odkurzaczy o dużej mocy, które w Republice Czeskiej cieszyły się zbyt dużym zainteresowaniem mediów, jak i bardziej fundamentalne kwestie, w na czele z bardzo problematyczną ratyfikacją traktatu lizbońskiego, kryzysem finansowym, gospodarczym i zadłużeniowym (a w konsekwencji przyjęciem waluty euro) czy też kryzysem migracyjnym.

W pierwszym przypadku byliśmy tragicznie spóźnieni z naszymi żądaniami, byliśmy nieczytelni z zewnątrz, a ostatecznie pozwoliliśmy na tak zwany „wyjątek” Klausa. My jako Republika Czeska, przedstawiliśmy niejasne stanowisko w czasie kryzysu w odniesieniu do unii gospodarczej i walutowej oraz wspólnej waluty euro (chociaż niektóre podmioty polityczne od dawna mówiły o niej w naszym kraju dość nieśmiało). Odmówiliśmy zatwierdzenia tzw. Paktu fiskalnego, ale wówczas prezydent wraz z przewodniczącym Komisji Europejskiej umieścił flagę UE na Zamku Praskim i zgodził się na nowelizację traktatu lizbońskiego, umożliwiając ustanowienie europejskiego mechanizmu stabilizacyjnego. Jeśli chodzi o kryzys migracyjny, od samego początku – nie tyle celowo, co bardziej zbiegiem okoliczności – przedstawialiśmy stanowisko, które z czasem przejęły też inne państwa członkowskie. Wcześniej jednak nie byliśmy w stanie odpowiednio „sprzedać” tego naszym partnerom.

Dotychczasowym apogeum, a jednocześnie typowym przykładem tego, jak możemy „obchodzić się” z naszym członkostwem w UE, była prezydencja Rady w pierwszej połowie 2009 r. Z jednej strony okazało się, że jesteśmy wybitnymi negocjatorami podczas tak zwanego kryzysu gazowego, z drugiej strony chcieliśmy to Europie „osłodzić”. I udało się. Nie tylko poprzez ustawienie rzeźby Davida B. Černého o nazwie Entropa, która swoją wymową dotknęła wiele państw członkowskich, ale także dlatego, że poniekąd nieoczekiwanie demontowaliśmy swój własny rząd podczas prezydencji.

Z punktu widzenia formalnego Republika Czeska ma strukturalny problem z tym, że na szczeblu UE jest reprezentowana zarówno przez ministra spraw zagranicznych, którego biuro organizuje również naszą stałą reprezentację przy UE, jak i przez sekretarza stanu do spraw europejskich. Sytuację komplikuje często fakt, że w wyniku koalicyjnego charakteru sprawowania rządów w Republice Czeskiej, minister spraw zagranicznych często (w czterech na sześć przypadków) jest reprezentantem innej partii politycznej niż premier.

 

Co do diaska?

 

Jeśli Republika Czeska ma odgrywać ważniejszą rolę w przyszłości w UE – oczywiście zakładając, że w jej rozumieniu nie przeważa irracjonalna jej interpretacja, bez jakiejkolwiek żadnej istotnej alternatywnej zapasowej opcji – musi ponownie przemyśleć swoje obecne podejście od samych podstaw.

Po pierwsze, musimy zaakceptować, że od prawie piętnastu lat nie ma podziału „my” i „oni”, ale jesteśmy tylko „my”. Republika Czeska jest po prostu członkiem UE, nie tylko ze wszystkimi zobowiązaniami, ale także z wiążącymi się z tym prawami po wygaśnięciu wszystkich okresów przejściowych. W Republice Czeskiej najpóźniej od końca lat dziewięćdziesiątych przeważa narracja, że chociaż mamy cały szereg obowiązków wobec UE, praktycznie nie mamy żadnych praw. Nie jest to jednak prawdą.

Z pewnością UE jest niezwykle skomplikowanym, stale zmieniającym się podmiotem, który eksperci w swoim alibi nazywają „sui generis”. Jednak podlega ona pewnym zasadom, które obowiązują pomimo wszystkich rewizji umownych. Potencjał koalicyjny państw członkowskich nie zależy przede wszystkim od tego, jak bardzo wspierają one budowanie coraz ściślejszego związku, ale od tego, jak długo ich postawy są przewidywalne w perspektywie długoterminowej. Czy Szwedzi znaleźli się „pod lupą”, dlatego że nie wprowadzili euro? A może Hiszpanie za to, że mają problem z patentem europejskim? Nie, ponieważ byli w stanie powiedzieć, że nie zgadzają się z niektórymi działaniami UE, byli w stanie to uzasadnić i mówili o swoich stanowiskach konsekwentnie tak długo, jak było to konieczne.

Dla Republiki Czeskiej oznacza to dwie rzeczy. Po pierwsze, powinna poprzestawiać swoje kanały komunikacyjne, a także te odpowiedzialne za umiejętność podejmowania decyzji w zakresie porządku UE. Po drugie, powinna określać interesy, które chce promować w UE.

Obecne ustalenia dotyczące podziału kompetencji w sprawach UE między MSZ a kancelarię premiera nie są z definicji złe, ale akurat w Republice Czeskiej to nie działa, lub nie działa tak, jak mogłoby. Minister spraw zagranicznych, pomimo wagi swojego stanowiska, jest de facto wyłącznie wyłaniany z grona dyplomatów zawodowych, którzy często stają się faktyczną częścią establishmentu Unii. A sekretarz stanu do spraw europejskich w kancelarii premiera znowu – z całym szacunkiem – jest tylko urzędnikiem.

Nowe otoczenie powinno odzwierciedlać fakt, że kwestia integracji europejskiej – zwłaszcza w sensie jej wyników w postaci prawodawstwa – w coraz większym stopniu wpływa na politykę wewnętrzną, zarówno ilościową, jak i jakościową. Dlatego powinna podlegać stałej kontroli politycznej. Na poziomie parlamentarnym jest to już możliwe, zwłaszcza że efekty prac izby wyższej mają od dawna wysoki poziom. Problem jest jednak na poziomie rządu lub poziomie w prawdziwym sensie słowa „wykonawczy”. Poszczególne właściwe ministerstwa często bardzo dobrze formułują swoje stanowiska ramowe w sprawie poszczególnych propozycji, które pochodzą z Brukseli, ale nikt nie jest w stanie skutecznie ich priorytetyzować i promować w sposób wiarygodny. Rząd czeski nie powinien robić tego sam ani wyręczać się kimś ze stałej reprezentacji, ale powinien działać wraz ze swoimi partnerami.

Jednak „przeformułowanie” będzie pozbawione sensu, jeśli nie będzie mu towarzyszyć odpowiednia treść, określenie naszych interesów, które chcemy promować w UE. Jak już powiedziano, przynajmniej w kategoriach formułowania podstawowych teorii, które będą akceptowane w całym spektrum politycznym i w perspektywie długoterminowej, najlepiej włączając w to argumentację wspierającą. Czy chcemy się mniej integrować? Co to dokładnie oznacza? Że nie chcemy euro? Czy że nie chcemy unijnych funduszy i dotacji? A może je chcemy, ale ważniejsze są dla nas priorytety czeskie niż unijne? Czy możemy zdefiniować nasz „program” inaczej niż negatywnie? Być może wierzymy w jednolity rynek, w którym panują proste, podstawowe zasady odnoszące się do wszystkich i regulowane tylko wtedy, gdy nie można zastosować zasady wzajemnego uznawania? A może chcemy, aby UE robiła wszystkiego mniej, ale przynajmniej porządnie (co ostatecznie nie leży tylko w interesie państw członkowskich, ale także samej UE)?

Odpowiedzi poprawne, a przede wszystkim „będące możliwymi do długoterminowego dotrzymania” zostaną udzielone tylko wtedy, jeśli w ogóle o to poprosimy. I nie będziemy ignorować sugestii dotyczących większych przemian w UE, niezależnie od tego, czy ktokolwiek je zainicjuje lub nie. Wielokrotnie zdarzało się, że państwa członkowskie w Brukseli bez zastanowienia luzowały hamulce, a potem nie mogły się nadziwić. Konkretny przykład? Większość głosów w sprawie polityki azylowej, wizowej i imigracyjnej została szeroko rozpowszechniona w momencie kulminacyjnego kryzysu migracyjnego.

Zdefiniowanie interesów nie tylko uprości sytuację w kraju (będziemy w stanie odróżnić ważne od mniej ważnego i będziemy mogli uniknąć pęcherzyków typu „RODO”, gdyż będziemy w stanie pojąć konsekwencje decyzji podjętych na szczeblach UE), ale także w UE (będziemy bardziej przewidywalni, wiarygodni, będziemy wreszcie mogli być postrzegani jako solidny i wiarygodny partner, zwiększając tym samym nasz potencjał koalicyjny, a tym samym prawdopodobieństwo, że faktycznie coś wynegocjujemy).

Z pewnością nic nie pójdzie gładko, będziemy musieli być cierpliwi i nieco pokorni. Warto zauważyć, że nie będziemy „niesieni przez integrację” – a przynajmniej nie tak łatwo – czyli będziemy aktywni, a nie wyłącznie reaktywni. Jeśli nie z innego powodu, to to przynajmniej dlatego, że po 15 latach do wejścia UE, najwyższy na to już czas.

 

Przekład: Agnieszka Piskorz

 

Tekst Ondřeja Krutíleka i Magdy Komínkovej powstał w ramach projektu środka Myśli Politycznej Przedmurze, most, prawe płuco, zapomniane peryferie? Polaków i Czechów koncepcje własnego miejsca w Europie – zadania publicznego współfinansowanego przez Ministerstwo Spraw Zagranicznych RP w konkursie „Forum Polsko-Czeskie na rzecz zbliżenia społeczeństw, pogłębionej współpracy i dobrego sąsiedztwa 2018”. Publikacja wyraża jedynie poglądy autorów i nie może być utożsamiana z oficjalnym stanowiskiem Ministerstwa Spraw Zagranicznych RP.

Tekst ukazał się w książce Lepiej nie będzie? Europa w dobie przesilenia (pod redakcją Agaty Supińskiej), Kraków 2018.