Polska, Europa Środkowo-Wschodnia, Unia Europejska

Andrzej Bryk

Andrzej Bryk

Wykładowca Wydziału Prawa i Administracji UJ, znawca filozofii politycznej i prawnej, konstytucjonalizmu, amerykańskiej tradycji konserwatywnej, autor m.in. książki Konstytucjonalizm: Od starożytnego Izraela do liberalnego konstytucjonalizmu amerykańskiego.

Obecne napięcia miedzy władzami Unii Europejskiej a Polską rządzoną po wyborach w 2015 r. przez PiS to objaw szerszego zjawiska buntu społeczeństw demokratycznych w  zachodnim świecie, choć o różnych przyczynach i celach. Po Brexicie, zwycięstwie Donalda Trumpa w Stanach Zjednoczonych, zdecydowanych zwycięstwach Viktora Orbana na Węgrzech, wyborach we Włoszech, Szwecji i Austrii, pęknięciu politycznym we Francji i kruszeniu się solidnego od II wojny światowej konsensusu niemieckiego sytuacja polityczna Europy ulega wyraźnej zmianie. Można ten bunt określić jako sprzeciw demokratycznych państw narodowych przeciw oligarchizującej się Unii i próbę poszukiwania podmiotowości w obliczu kryzysów generowanych przez jej elity. Ta odpowiedź na strukturalne problemy, z którymi boryka się Unia była nieunikniona. Diagnozy jej elit dokonywane w tym samym żargonie „europeizmu” czyniły dyskusje jałowymi, wywołując irytacje krajów i „starej” i „nowej” Europy, z jednoczesnym wyalienowaniem partii politycznych porzucających swoje formalne tożsamości ideowe na rzecz globalistycznego, post-narodowego liberalnego porządku. Po kilkunastu latach od wejścia do Unii „wydoroślały” też kraje Europy Środkowo-Wschodniej zmęczone nieustannym „wychowywaniem” i narzucaniem niedemokratycznych rozwiązań, czasem o charakterze neokolonialnego nadzoru, wbrew ich politycznym i ekonomicznym interesom a także tożsamości kulturowej.

Andrzej Bryk

Wykładowca Wydziału Prawa i Administracji UJ, znawca filozofii politycznej i prawnej, konstytucjonalizmu, amerykańskiej tradycji konserwatywnej, autor m.in. książki Konstytucjonalizm: Od starożytnego Izraela do liberalnego konstytucjonalizmu amerykańskiego.

Polska jako największy i geopolitycznie najważniejszy kraj Europy Środkowo-Wschodniej przez wiele lat była traktowana jako modelowy przykład skutecznej integracji, a poparcie dla projektu unijnego zawsze było silne, wynikając głównie z chęci wyrwania się z postkomunistycznej zapaści ekonomicznej, jak i z przekonania o konieczności wejścia do Europy ojczyzn zgodnie z wizją jej założycieli: Adenauera, Schumana i de Gasperiego. Jej fundamentem antropologicznym była wypracowana przez starożytność, judaizm i chrześcijaństwo koncepcja człowieczeństwa, bez którego nie byłoby zachodniej koncepcji wolności i państwa prawa. W oparciu o tą antropologię kształtował się też humanizm europejski. Na początku XXI w. kraje postkomunistyczne weszły już jednak do Unii rządzonej przez pokolenie ’68 r. w latach 90-tych optującego za globalnym, neoliberalnym porządkiem ekonomicznym, skupiając się jednocześnie na radykalnej rewolucji kulturowej. Stosujące taktykę długiego marszu przez instytucje pokolenie 1968 roku patrzyło na Europę przez pryzmat filozofii marksizmu kulturowego, zapożyczonej od Nowej Lewicy. Ponieważ rewolucyjny marksizm się nie sprawdził i na Zachodzie kapitalizm stworzył masy nie rewolucyjnych robotników ale konsumentów, rewolucja miała pójść inną drogą.

Ideolodzy pokolenia ’68 r. obejmując kluczowe stanowiska w polityce, mediach, na uniwersytetach przekształcali kulturę i język opisujący rzeczywistość, narzucając nowe jej zdefiniowanie. Celem było obalenie tradycyjnego społeczeństwa z kluczową ideą „emancypacji”, czyli wyzwolenia z nierównych stosunków „opresji”, istoty wszystkich instytucji od religii, państwa narodowego, a na rodzinie i seksualności kończąc. Celem było stworzenie społeczeństwa „otwartego”, uniwersalnej równości i wolności.

Tę prometejską formułę zaakceptował dominujący liberalizm, który został obciążony przez ideologów ’68 r. za dopuszczenie do kolonializmu i totalitaryzmów XX w., choć te ostatnie powstały w kontrze do niego. Współczesny liberalizm zaakceptował nowo-lewicową filozofię emancypacji, stając się hegemonicznym liberalizmem postmodernistycznym czy też lewicowym, ideologią dominujących elit chcących przenieść ją jako podstawę kultury politycznej do post-komunistycznej Europy Środkowo-Wschodniej. Dobrze oddaje to uwaga belgijskiej feministki Chantal Mouffe z 1990 r., według której po wyzwoleniu z komunizmu będzie do wykonania gigantyczna praca nad tymi społeczeństwami, które należy wyzwolić z opresji państwa narodowego, religii, rodziny i innych tradycyjnych struktur, tak jak w Europie Zachodniej  pokolenie wcześniej.

Nie chodziło o opresję polityczną czy ekonomiczną, lecz o przekształcenie religijnej i kulturowej tożsamości, a nawet, jak w przypadku ideologii gender, natury i stworzenie równościowego, sprawiedliwego społeczeństwa. Zanegowano też prawomocność klasycznej definicji prawdy na rzecz postmodernistycznego „miękkiego” sposobu definiowania rzeczywistości i zakazu wartościowania, chyba że według kryteriów liberalno-lewicowej politycznej poprawności. Silne tożsamości: narodowe, religii, tradycji, rodziny, płci jako nie-genderu miały być osłabione i przekształcone jako źródła norm niezależnych, niepodatnych na ich uregulowanie według nowych procedur i instytucji mających kształtować sprawiedliwą ideologię „europeizmu”. Jedynie pamięć komunizmu nie była poddana owej transformacji świadomości, bowiem wpisywała się ona, choć nieudolnie, w ową logikę emancypacji, przekształcenie społeczeństw, choć bez fizycznego terroru, edukację czy psychoterapię poprzez sprywatyzowanie innych porządków normatywnych.

Program owej emancypacji koncentruje się głównie na emancypacji rynku, prawa i moralności. Ta pierwsza oznacza, że mamy być wyłącznie konsumentami, wybierać według indywidualnych potrzeb. Emancypacja prawa czyni podstawą sprawiedliwego społeczeństwa równość na wszystkich poziomach egzystencji, wyrażaną kontraktami praw, w tym  prawami człowieka, stąd wzrost roli sądów. Emancypacja moralności oznacza, że nie ma uniwersalnej, obiektywnej moralności, lecz jedynie subiektywne wartości. Państwo ma budować ład społeczny poprzez eksperckie administrowanie tymi obszarami. Istotą tych emancypacji jest zasada prywatnego osądu i zdefiniowania własnej koncepcji życia jako nienegocjowalnego imperatywu, niepoddanego żadnemu autorytetowi artykułującemu takie żądanie np. religii czy rodziny. Każdy służy sobie. W konsekwencji prowadzi to do narzucania hegemonicznego języka komunikacji społecznej, granic polityczności, kultury i antropologii.

Nową ideologię „europeizmu” napędzała wina za grzechy przeszłości, z którymi Europa Zachodnia w końcu się utożsamiła. Uznano, że droga do Auschwitz nie rozpoczęła się od nazizmu i Niemiec, mając historyczne przyczyny, lecz biegła przez całą kulturę europejską, której elementem były chrześcijaństwo, państwo narodowe i inne instytucje opresyjne, tworząc podglebie psychiczne przemocy. Kanonicznie ujął to filozof marksistowskiej szkoły frankfurckiej Teodor Adorno w „Osobowości autorytarnej” z 1950 r., dla którego emancypacja z przemocy odradzającej się w tradycyjnej kulturze była kluczem do sprawiedliwego społeczeństwa. Utożsamił on ją jednocześnie z konserwatyzmem i prawicą, do których zaliczył nazizm i faszyzm, całkowicie je delegitymizując w dyskusji publicznej. U podstaw „europeizmu” leżał zatem ponownie odwieczny błąd traktowania polityki jako narzędzia naprawy ludzkiej natury i budowa sprawiedliwość jako neokantowskiego, równościowego organizowania społeczeństwa prawami i procedurami, skutkując dobrobytem i nowym Europejczykiem, „nowym Adamem”.  Auschwitz miało się już nigdy nie powtórzyć. To szczytne założenie stawało się coraz bardziej prometejskie i ahistorycznie w procesie budowy nowego społeczeństwa. Dobrze tę ideę ilustruje otwarte Muzeum Historii Europy w Brukseli. Przekaz jest klarowny: historia kontynentu to deterministyczne zmierzanie ku katastrofie, na szczęście mamy teraz Unię.

Kiedy Polska wchodziła do Unii, jej wyobrażenie o wspólnej Europie było jednak bardziej tradycyjne. Społeczeństwo w zdecydowanej większości postrzegało Europę w jej modelu klasycznym ojców założycieli tj. integracji gospodarczej, otwartych granic i państwa narodowego jako organizmu politycznego i republikańskiego, przyjaznego wobec chrześcijaństwa. Po akcesji okazało się, że tej wizji Europy już nie ma. Po komunizmie Polska chciała odbudować państwo, gospodarkę, pochować zamilczanych pomordowanych i zjednoczyć się jako legitymowana część Europy od zawsze. Duża część elit sądziła, że Europa jest ciągle zakorzeniona w etosie chrześcijańskim prawa naturalnego, leżącym u podstaw odbudowy po II wojnie światowej. Polski opór wobec komunizmu, „Solidarność”, Jan Paweł II, odwoływały się do tego uniwersalizmu, tj. obiektywnego porządku moralnego, który miał być również porządkiem nowoczesnej Europy, do której dołączaliśmy z opóźnieniem, nie z powodu jakiegoś kulturowego błędu genetycznego, tylko historycznych przeszkód. Takie przekonanie było złym zdiagnozowaniem sytuacji.

Niemniej w Polsce była też spora część elit liberalno-lewicowych, głównie w kręgach inteligencji postkomunistycznej, też po stronie opozycji, która zdominowała negocjacje z oddającymi władzę komunistami. To ona kształtowała dominujący język debaty publicznej w Polsce po 1989 r., a także model integracji z Unią, orientując się na postnarodowy, postmetafizyczny, postreligijny i zdecydowanie postchrześcijański etos 1968 r. Unia była szansą na przekształcenie anachronicznego ich zdaniem społeczeństwa, które się nie udało prymitywnemu komunizmowi. To była też szansa dla uwłaszczonych na majątku społecznym postkomunistów, którzy bali się rozliczeń i polski kompromis Okrągłego Stołu w 1989 r. co do celów był sojuszem z liberalną lewicą. Oba te obozy były zainteresowane transnarodowym zarządzaniem, postkomuniści bardziej by chronić swoje interesy, liberalna-lewica z powodów bardziej ideologicznych, porzucając jednocześnie swój tradycyjny elektorat konserwatywnych, kulturowo warstw niższych przejętych stopniowo przez partie konserwatywne jak Prawo i Sprawiedliwość.

To ten spor dzieli Polskę do dziś, a obecny spór konstytucyjno-prawny to zaledwie jedna z jego odsłon. Jego strony inaczej definiują istotę polskiej modernizacji. Ta liberalno-lewicowa mianuje się heroldem postępu i „europejskości”, i definiuje drugą jako nacjonalistyczną, ksenofobiczną, antysemicką, do przebudowania. Konserwatywna, czy lepiej podmiotowa, definiuje cele pierwszej jako ideologiczne, imitacyjne i w zapędach totalitarne świadoma, iż jej elity stały się lojalne bardziej wobec elit transeuropejskich i transnarodowych niż swoich społeczeństw.

Redaktor naczelny największej polskiej gazety liberalno-lewicowej stwierdził w 1989 r. mniej więcej tak: „Ja się nie boję postkomunizmu, ja się boję, co z ruin tego postkomunizmu wyjdzie; straszna twarz polskiego antysemityzmu, nacjonalizmu, ksenofobii etc.”. Polskość została zdefiniowana jako problem, którego nie rozwiązał prymitywny komunizm i nad którym należało rozpocząć ponownie całościową, też moralną, modernizacyjną pracę według ustalonego już przez pokolenie ’68 r. wzorca post-historycznej, post-narodowej, post-religijnej Europy. Ten widoczny strach przed własnym społeczeństwem, nad którym należy roztoczyć nadzór, by nie popełniło jakiegoś szaleństwa definiuje sposób postrzegania rzeczywistości tej strony do dzisiaj. Punktem dojścia ma być jakaś uniwersalistyczna ideologia europeizmu oparta o liberalne prawa człowieka, procedury i nieograniczone wybory konsumenckie z odrzuceniem jakiegokolwiek autorytetu i zobowiązań wspólnotowych. Taki sposób myślenia współgrał z hegemoniczną już, liberalną narracją emancypacyjną na Zachodzie. Dlatego właśnie ta strona sporu w Polsce zmonopolizowała, mając niemal monopol mediów, kanały komunikacji z liberalnymi elitami UE i to jej definicja sytuacji w Polsce jest akceptowana. Obie mówią tym samym językiem, odmawiając adwersarzom jakiejkolwiek legitymacji.

Dla elit liberalnych punktem odniesienia dla tożsamości nowego „europeizmu” są pojęcia w dużej mierze abstrakcyjne, w oparciu o które trudno stworzyć wspólnotę i poświęcać dla niej w czas próby. Historia się nie zakończyła. Umieramy, mówiąc metaforycznie, nie za prawa czy konsumpcję, lecz za wolność, możliwość obrony świata wartości niepodatnych na żadne odczarowania, za cos co kochamy. Unia Europejska, oparłszy swoja niewinność etyczną na ucieczce od, w domniemaniu, skompromitowanego dziedzictwa kulturowo-religijnego, chce stworzyć nowa etykę na bazie praw i procedur tworzących jednak etykę żądań a nie wspólnotę solidarności. To cywilizacja, która dała każdej jednostce-konsumentowi prawo poszukiwania sensu na własną rękę bez żadnych wspólnotowych metafor budujących więzy współodpowiedzialności, bowiem prawa człowieka, tolerancja, państwo prawa to narzędzia porządkowania sensu, lecz same w sobie nie są one jego nośnikami.

Nowa wizja Europy elit to świat wyobrażeniowy, w którym „nowy Europejczyk”, jednocześnie wzór globalnego „nowego Adama” buduje przyszłość na nieustannej krytyce europejskiej tożsamości, to rewolta przeciw rzeczywistości życia jako takiego w imię niewinności etycznej. To w szczególności wymazanie wszystkiego co w kulturze, obyczajach, moralności ma korzenie chrześcijańskie, choć to na jego gruncie zrodziło się pojęcie nietykalnej osoby ludzkiej i dojrzewała idea wolności, unikalna na tle innych cywilizacji. Doktryna praw człowieka, niepowiązana z odniesieniem do dobra wspólnego, pojęcia szerszego niż dobrobyt ekonomiczny, staje się narzędziem nihilistycznego niszczenia ludzkich więzi, czyniąc życie bezsensownym i zbrutalizowanym.

Wydawało się, że takim solidarnościowym punktem odniesienia może być pomoc uchodźcom. Szlachetne moralnie intencje chcących pomóc prześladowanym są oczywiste. Tyle, że najgłośniej krzyczący chcieli, by za imigrację płacili inni, nie ci żyjący w izolowanym świecie przywilejów. Zbyt wiele ideologicznych założeń i interesów kryło się też za takim podejściem ekonomicznych Niemiec: korupcja języka utożsamiającego dominujących imigrantów z uchodźcami, zatarcie granicy między legalna a nielegalną imigracją, pogarda dla własnej kultury, chęć rozbicia państwa narodowego i brak wyobraźni politycznej co do skutków, z egoistycznym brakiem zrozumienia iż pozbawiają kraje imigracyjne ich elit, zamiast pomagać na miejscu. Jednocześnie porzucono postulat asymilacji do kultury kraju przyjmującego na rzecz utopijnej wielokulturowości z imigrantami nie mającymi do czego się asymilować. Dla nich kulturowa oferta Europejczyków z „wydrążoną” tożsamością i kłopotami z auto-definicją nie może być atrakcyjna, skutkując zamknięciem w gettach z protekcjonalną pomocą socjalną prowokującą żądaniowość i pogardę wobec kraju przyjmującego.

Imigracja stała się jednocześnie zakładnikiem ideologii, jednym z taranów pomagających rozbijać strukturę państw narodowych jako przeszkody dla płynnego, „otwartego” społeczeństwa zarządzanego przez technokratyczne elity liberalne w interesie globalizującej się gospodarki, władzą niepoddaną demokratycznej kontroli. Elity te nie chcą już jedynie równoważyć wyborów demokratycznego suwerena, ale go wyłączyć z procesu decyzyjnego, traktując jako nieracjonalny populizm opierający się merytokratycznym ekspertom, przekonanym o swym prawie do władzy.  Kiedy Angela Merkel, gwałcąc unijne prawa, otworzyła granice Schengen na masową imigrację, sprowokowała dramatycznie pytanie, kto jest suwerenem podejmowania decyzji w Europie. Czy są nim demokratyczne społeczeństwa czy też niekontrolowane elity z dominującymi Niemcami? Związane to było z utratą zaufania do ekspertów, bowiem ci ciągle się mylili w decyzjach finansowych, imigracyjnych, wspólnej waluty. Jako rozwiązanie dawali zawsze tę samą receptę: jeszcze większą integrację czyli podporządkowanie państw słabszych logice ekonomicznej silniejszych (casus Grecji czy Portugalii).

Powołanie się w tym kontekście na USA jest nieporozumieniem. Federację amerykańską stworzył naród amerykański, który miał ten sam język, kolonialną kulturę, historię, antropologię judaistyczno-chrześcijańską, praktyki demokracji, doświadczenie wojny o niepodległość. Europa nie ma demosu, jednego ludu, który mógłby określić dla niej cele wspólne, nie ma już też wspólnej antropologii. W efekcie federacja tworzona jest technokratycznie od góry, wymuszana regulacjami, procedurami, jak i liberalno-lewicową polityczną poprawnością, przez ciała eksperckie bez kontroli demokratycznej nie ponosząc za nie żadnej odpowiedzialności. Zostały bowiem ustanowione w interesie silnych.

Dziś każda próba odwołania się do legitymacji społecznej jest nazywana populizmem. To słowo nic już w zasadzie nie znaczy, ma zdyskredytować przeciwnika. Europejscy propagandyści odwołują się do złych konotacji z takimi pojęciami jak rasizm czy nacjonalizm, choć egalitaryzm i równość wobec prawa też związane są z demokratycznym populizmem. Utożsamiają go z tyranią większości, choć demokracje europejskie funkcjonują w gąszczu najróżnorodniejszych zabezpieczeń i tzw. partie populistyczne w demokratycznych procedurach chcą skorygowania oligarchizującego się systemu. Oskarżyciele boją się nie dyktatury większości, lecz kontroli działalności instytucji organizujących życie ludzi odgórnie, wbrew ich woli. Populizm zresztą co innego znaczy w Europie, co innego w USA. Tam oznacza tradycyjnie odradzanie się demokracji poprzez rewoltę przeciwko elitom, które przestały służyć narodowi. W Europie populizm ma inną konotację emocjonalną, kojarzy się z okresem, który doprowadził do systemów autorytarnych, faszystowskich i komunistycznych. Tyle tylko, że odpowiedzią na ten historyczny strach jest wyłączenie decyzyjności społeczeństw na rzecz biurokratycznych ciał eksperckich wybieranych wedle mętnych kryteriów. To one mają racjonalnie zarządzać neutralizując kontrolę demokratyczną, przesuwając decyzje do ciał administracyjnych czy sądów, nie ponosząc za nie żadnej odpowiedzialności. Dzisiejszy bunt to bunt na rzecz przywrócenia polityczności, debaty na rzecz dobra wspólnego, nie według kryteriów uznanych przez globalnych liberalnych ekspertów za jedynie legitymowane i bezalternatywne.

Przemożny wpływ na kształt dzisiejszej Europy mają Niemcy wykorzystujące Unię w swoim interesie, co czyni wątpliwa samą ideę wspólnoty europejskiej mającej uczynić państwo narodowe zbędnym. Niemcy, główny wygrany wprowadzenia euro, zdyscyplinowane w centralnie sterowanym myśleniu, narzucają wyobrażenie, czym ta Europa gospodarczo, politycznie i ideologicznie ma być. Obecny kształt Unii jest idealny dla mentalności Niemców. Doskonale czują się z twierdzeniem, ze względu na pamięć katastrofy jaką zafundowali Europie, że są bardziej Europejczykami niż Niemcami. Innym narodom taki sposób myślenia jest obcy. Są Europejczykami właśnie dlatego, że są Polakami czy Węgrami. Za tym idzie przekonanie, iż mają wyzwolić się ze swojej historycznej tożsamości, bo nie było w niej nic dobrego. Unia jest dla takiego sposobu myślenia idealna, bo jest przyszłościowym projektem bez historii organizowanym jedynie wokół patriotyzmu konstytucyjnego i praw jednostkowych.

Choć w Polsce taki sposób myślenia natrafia na opór, niemiecki sposób myślenia o Europie przyjęło duże grono liberalnych elit, w tym prawników. Niemcy po ekspiacji chcą patrzeć w przyszłość, ale jako wzór moralności. Kiedy w Polsce wybuchła awantura o ustawę o IPN wtrącili się do niej Niemcy potwierdzając, iż Holokaust był całkowicie ich winą. Miało to jednak drugie dno, element ich wyższościowej moralnej soft power: tak, byliśmy jądrem zła, ale rozliczając się totalnie – co jest zresztą fałszem – jesteśmy najbardziej oczyszczeni. Mamy zatem prawo stać się cenzorem dobra w Europie; jak określił to jeden z niemieckich dziennikarzy „jesteśmy moralnym imperium”, będziemy definiować „dobrego Europejczyka” według naszych kryteriów liberalno-lewicowej narracji. Nie idzie tu jednak o krytykę konkretnych reform, np. w Polsce, ale o złamanie podmiotowości decyzyjnej. Niemcy uzurpowały sobie prawo do przekucia rozliczenia ze swoją haniebną historią w przywództwo polityczno-ekonomiczne w Europie, nowe wcielenie polityki „kulturtragera” szczególnie wobec „nieoświeconych” narodów Europy Środkowo-Wschodniej.

Niemiecki nacjonalizm zachował swoją istotę polegającą na wyższościowym przekonaniu o przewodzeniu. Odrzucił rasizm, antysemityzm, nazizm, stając się teraz doskonałym wcieleniem „europeizmu”. Oparty jest jednak, tak jak poprzednio, na prometeizmie mieszającym kwestie pragmatyczno-polityczno-ekonomiczne z moralnymi, co czyni dyskusję na poziomie faktów niemożliwą. Widoczne jest to np. w dyskusji niemieckiej o domniemanym „załamaniu się państwa prawa” w Polsce. To niemieckie poczucie wyższości może ponownie zdestabilizować Europę.

Zaczęło się wychowywanie Europy Środkowo-Wschodniej. To wyziera z ignoranckich i aroganckich, motywowanych ideologicznym wstrętem połajanek w Parlamencie Europejskim wobec podmiotowych aspiracji Polski, z dyskusji o polskiej historii i praworządności. Ponieważ my, Niemcy i zachodni Europejczycy, jesteśmy na wyższym stopniu rozwoju, też moralnym, macie się do tego dostosować. To nowa forma przemocy. Polityka jednoczenia, jak powiedział Jürgen Habermas, w oparciu o prawną, kulturową i ekonomiczną kolonizację państw Europy Wschodniej przez państwa zachodnie.

Brexit przeraził elity liberalne Europy, zafiksowane na zjednoczeniu, wyłączając słuchanie innych. Stąd dyktat, iż pakiet wejścia do Unii oznacza wyłączenie jakiejkolwiek dyskusji. Jeżeli zatem Europa Środkowo-Wschodnia buntuje się i przeszkadza we wdrażaniu programu federacyjnego, to należy wymusić podporządkowanie się brutalnym naciskiem politycznym, albo wypchnąć z Unii, powołując się na mgliste „wartości unijne”, stosując podwójne standardy i przyjmując poza traktatową postawę cenzora. Bunt krajów Europy zaskoczył establishment europejski. Przez wiele lat królowało przekonanie, że ten ład, ustalony w latach 90-tych, będzie trwał. Lecz społeczeństwa zaczęły przypominać, że to naród polityczny jest nadal suwerenem, dostrzegając, że model forsowany przez eurokratów jest oligarchiczny i generuje kryzysy.

U podstaw rewolty demokratycznej leży jednak sprzeciw wobec filozofii prawa jako narzędzia osłabiania wszelkich więzi wspólnotowych, tęsknota za zakorzenieniem. To dlatego obserwujemy powrót do państwa i dziedzictwa narodowego. Liberalna, post 1968 roku kultura polityczna nie ma narzędzi, by ten populistyczny bunt, strach przed bezdomnością, zrozumieć, piętnując go prymitywnym pojęciem „nacjonalizmu”. Solidarność narodowa nie jest powrotem do plemiennych form organizacji, ale rewitalizacją formy politycznej. To bunt przeciw temu, co Milan Kundera nazwał „nieznośną lekkością bytu”. Europejczycy dramatycznie poszukują punktu oparcia w życiu osobistym i wspólnotowym. W Europie takim punktem oparcia dla życia wspólnotowego był republikanizm, społeczeństwo obywatelskie nie rozumiane jako „otwarty” rój konsumentów sterowany przez ekspertów, lecz jako wspólnota elit i społeczeństw powiązanych więzami solidarności, coś, co tradycyjnie nazywało się patriotyzmem, budowaniem na pamięci dobrej historii. To anatema dla postnarodowej mentalności liberalnych elit globalnych.

Trudno dziś przesądzić czy nastąpi w Unii odrodzenie państw narodowych, gdzie tylko tam polityczne wybory mogą być demokratycznie rozstrzygane. Są tacy, którzy twierdzą, że nie ma już powrotu do myślenia wspólnotowego i tożsamości kulturowej, też chrześcijaństwa, z którym pokolenie 1968 r., zaczadzone nowa utopią nadal bezwzględnie walczy. Być może zmierzamy do konfrontacji, kiedy instytucje europejskie, np. sądy UE będą neutralizować, a nawet unieważniać demokratyczne wybory. Forsowany przez dekady model integracji staje się w wielu sprawach dysfunkcjonalny. Siłą Europy była zawsze zdolność do autorefleksji i przedefiniowania swojego losu w odpowiedzi na wyzwania. A to oznacza powrót polityczności. W Europie mamy bowiem obecnie moment polityczny. A opór wobec oligarchizującego i ideologicznego modelu budowy Unii od góry jest zrozumiały. Co do krajów Europy Środkowo-Wschodniej nie chcą one żadnego „Polexitu” czy „Hungarexitu”, lecz zdefiniowania współpracy europejskiej w oderwaniu od brutalnych interesów najsilniejszych, którzy z europejskości stworzyli wygodna dla siebie ideologię. Służy też temu inicjatywa Trójmorza, jak i plan osadzenia baz amerykańskich w Polsce, gwarancja trwania sojuszu transatlantyckiego blokującego śmiertelny dla Europy antyamerykański sojusz Niemiec z Rosją, nowa odsłona tradycyjnych imperializmów.

Budowa wspólnej Europy musi uwzględniać niezwykłą dynamikę i różnorodność w komplementarności jej krajów, odrzucając jeden wyobrażeniowy model o jej funkcjonowaniu sformułowany przez najsilniejszych, poza demokratyczną kontrolą i narzucany w neokolonialny sposób krajom Europy Środkowo-Wschodniej.

 

Utwór jest dostępny na licencji Creative Commons Uznanie autorstwa 3.0 Polska. Pewne prawa zastrzeżone na rzecz Ośrodka Myśli Politycznej. Utwór powstał w ramach konkursu „Forum Polsko-Czeskie na rzecz zbliżenia społeczeństw, pogłębionej współpracy i dobrego sąsiedztwa 2018”. Zezwala się na dowolne wykorzystanie utworu pod warunkiem zachowania ww. informacji, w tym informacji o stosowanej licencji, o posiadaczach praw oraz o konkursie „Forum Polsko-Czeskie na rzecz zbliżenia społeczeństw, pogłębionej współpracy i dobrego sąsiedztwa 2018”.

Zadanie publiczne współfinansowane przez Ministerstwo Spraw Zagranicznych RP w konkursie „Forum Polsko-Czeskie na rzecz zbliżenia społeczeństw, pogłębionej współpracy i dobrego sąsiedztwa 2018”.

Publikacja wyraża jedynie poglądy autora i nie może być utożsamiania z oficjalnym stanowiskiem Ministerstwa Spraw Zagranicznych.