Poślijmy wszystkie dotacje europejskie uchodźcom

Lenka Zlámalová

Lenka Zlámalová

Czeską publicystka, analityk tygodnika Echo24.cz.

Harmonia między uczuciami a rozumem jest oznaką zdrowej osobowości. I tylko zdrowa, zrównoważona osobowość jest zdolna rzeczywiście pomagać. Pomagać, a nie wzruszać się własną wielkodusznością, która nawet przy najlepszej woli nikomu za bardzo nie pomoże. W reakcjach na wielką falę migracji, która z Bliskiego Wschodu i Afryki nadciąga do Europy, jest zbyt wiele emocji a za mało rozsądku. To dlatego Unia Europejska jest pogrążona w chaosie, nieprzewidywalności i utopijnych pomysłach. Nie jest w stanie skutecznie pomagać, a przy tym sama poważnie zagraża własnemu istnieniu.

Lenka Zlámalová

Czeską publicystka, analityk tygodnika Echo24.cz.

To zresztą naturalne. Przestrzeń publiczna jest bowiem zalana wzruszającymi zdjęciami nieszczęśliwych słodkich małych dzieci na nieludzkiej drodze przez Europę. Coś takiego nie może pozostawić obojętnym nikogo, kto ma jakiekolwiek uczucia. Emocje wypierają wszystko inne. Człowiek jest skłonny wstydzić przed samym sobą, że w ogóle pozwala sobie trzeźwo i krytycznie myśleć nad tak przedstawionym nieszczęściem. (…)

Taką reakcję wywołuje szantaż emocjonalny, który serwuje nam znaczna część mediów. Ze zdjęć i reportaży można odnieść wrażenie, że wśród uchodźców jest najwięcej małych dzieci. Zdjęć bez dzieci prawie nie zobaczycie. Niestety, rzeczywistość jest zupełnie inna. Według różnych szacunków, wśród migrantów około 80 procent stanowią młodzi mężczyźni. Jednak pokazywanie ich nie jest tak efektowne, jak zdjęcia słodkich syryjskich dziewczynek i dwutygodniowego noworodka. Jeśli w tej chwili wdasz się w dyskusję o potrzebie ochrony granic, będziesz uznany za cynika bez serca.

Cała debata na temat pomocy migrantom jest więc raczej rozsądku i myślenia pozbawiona. Największym dobrem ogłoszono przyjęcie do Europy jak największej liczby migrantów. A chodzi o przyjęcie nie tych najbardziej zagrożonych, najsłabszych, ale tych, których było stać na opłacenie przemytników ludzi. Niemiecki minister spraw wewnętrznych Thomas de Maizière nawołuje, by w ramach kwot rozdzielić tych, którzy w Europie już są. Pozostałym zabroni się wjazdu i zostaną w obozach dla uchodźców przed granicami Unii Europejskiej. Bez względu na to, czy ich życie jest bardziej zagrożone, czy są bardziej chorzy lub bezsilni niż ci, którzy dotarli do Berlina lub Wiednia. To zasada kto pierwszy ten lepszy na mecie. Prawo dżungli, prawo silniejszego. Zachęcić imigrantów, by wyruszyli w drogę z przemytnikami, zaryzykowali życie i nagrodzić tych, którym udało się jako pierwszym – to z pomocą godną krajów cywilizowanych nie ma wiele wspólnego.

To najgorszy z możliwych styl migracji. Nie jest to też pomoc czysto humanitarna, która należałaby się najbardziej zagrożonym i najsłabszym. I nie jest to dobrze przemyślana kontrolowana migracja ekonomiczna, kiedy to kraj wybiera imigrantów najzdolniejszych, najlepiej wykształconych, mających największe szanse pełnej integracji, którzy z entuzjazmem i pokorą gotowi są przyjąć wszystkie zasady obowiązujące w nowym domu i zostawić własne przed jego bramami. Z tych powodów dzielenie ludzi przy pomocy obowiązkowych kwot jest zarazem utopijne i nieludzkie.

Milionom zagrożonych można by bardzo skutecznie pomóc, ale wymaga to odważnego, kreatywnego myślenia, którego w Europie niestety brakuje.

Niemieccy socjaldemokraci, na czele z wicekanclerzem Sigmarem Gabrielem, grożą przeciwnikom obowiązkowych kwot odebraniem dotacji europejskich. Ta salwa, sprzeczna całkowicie z jakimikolwiek zasadami, może być dobrą inspiracją.

Budżet Unii Europejskiej to około 1 procent PKB całej wspólnoty. W tym roku jest to odpowiednik około 3,95 bilionów CZK. Mnóstwo pieniędzy, żeby pomóc, gdybyśmy naprawdę chcieli pomagać.

Dlaczego nie wstrzymać wszystkich programów dotacyjnych i w tak wyjątkowym momencie, nie przeznaczyć wszystkich pieniędzy z dotacji europejskich na dwa działania, które naprawdę pomogą i uchodźcom i przyszłości Unii Europejskiej, w tym jej podstawowej swobodzie przemieszczania się? Większość środków powinna pójść na poprawę warunków życia w obozach dla uchodźców w Turcji, Jordanii i Libanie. W krajach, które – w przeciwieństwie do Europy – są migrantom kulturowo bliskie. Z perspektywy Europy są one bezpieczne. Starają się pomagać, ale mają bardzo ograniczone zasoby. Ten, kto rzeczywiście ucieka przed wojną, jest tam bezpieczny. Kto chce lepszego życia w Niemczech, czy Szwecji jest imigrantem ekonomicznym. Te dwie grupy trzeba bardzo starannie rozróżniać. Wśród wybuchów gejzerów emocji nie robi się tego.

Warunki w obozach uchodźców ze względu na brak pieniędzy są naprawdę złe. Dla wielu ludzi jest to beznadziejne trwanie, nawet jeżeli jest tam bezpiecznie. Królowa Jordanii Rania przed kilkoma tygodniami apelowała do Europejczyków o pomoc. Aby przybliżyć sytuację w swoim kraju użyła kilku liczb. W Jordanii liczba uchodźców w przeliczeniu na liczbę ludności wynosi tyle, że w Niemczech oznaczałoby to 16 milionów, a w Wielkiej Brytanii 12 milionów uchodźców. Te liczby z naszego punktu widzenia są niewyobrażalne.

Dzięki hojnej pomocy Europy, na którą wystarczyłyby eurodotacje, można by obozy przekształcić w miejsca nadające się dla ludzi. Wiodący ekspert w dziedzinie migracji Paul Collier z Uniwersytetu w Oksfordzie trafnie zwraca uwagę, że migrantów w obozach demoralizuje również to, że nie mogą pracować. Można to rozwiązać poprzez tworzenie specjalnych stref ekonomicznych. Unia Europejska, a zwłaszcza biurokratycznie sprawne kraje takie, jak Niemcy mogłyby roztoczyć nad nimi patronat. Ludzie zdobywaliby w nich środki na utrzymanie i umiejętności, które przydadzą się ich krajom, gdy uda się zakończyć wojnę domową.

Tych, którzy rzeczywiście są chorzy i zagrożeni, którzy potrzebują opieki w Europie, poszczególne kraje europejskie mogłyby wybrać w spokoju i bez stresu. Dokładnie tak, jak robi to już Wielka Brytania. Dzięki sprytnie wynegocjowanemu wyłączeniu z traktatu lizbońskiego nie musi w przeciwieństwie do nas grzęznąć w bezsensownych dyskusjach o obowiązkowych kwotach. Może więc myśleć o tym, jak naprawdę pomóc.

Gdy premier David Cameron odwiedził w połowie września obóz w Libanie, powiedział, że Londyn wybierze bezpośrednio w obozach 20 000 uchodźców, które ma zamiar przyjąć. „Przyjmiemy tych najbardziej zagrożonych. Niepełnosprawne dzieci. Kobiety, które zostały zgwałcone. Mężczyzn, którzy doświadczyli tortur”. Nie tych, którzy jako jedni z pierwszych zapłacili przemytnikom za wyjazd do Europy. Wielka Brytania daje również o wiele więcej pieniędzy na funkcjonowanie obozów niż jakikolwiek kraj Unii Europejskiej. To jest realna pomoc.

Przynosi nam zaszczyt, że Bohuslav Sobotka i jego rząd, tak jak większość opozycji, preferuje ścieżkę brytyjską a nie niemiecką nierozważną szczodrość, która naciska na wprowadzenie obowiązkowych kwot. Chyba rząd jest w stanie wytrzymać i nie zrezygnuje z tej polityki.

Wszyscy aktywiści i petenci, którzy tak moralizują opowiadając, jaką to jesteśmy ksenofobiczną społecznością, na pewno zrzekliby się na rzecz uchodźców swoich dochodów z funduszy europejskich. Prawda? Wielu najgłośniej nas krytykujących to równocześnie beneficjenci eurofunduszy. Uciekający Syryjczycy potrzebują tych pieniędzy przecież bardziej niż, powiedzmy, Europejski Fundusz Społeczny, z którego utrzymują się aktywiści. Potrzebują ich bardziej niż firma Agrofert ministra finansów, który jest największym beneficjentem eurodotacji w Czechach.

To byłaby prawdziwa pomoc, w przeciwieństwie do demonstracyjnego przekazywania uchodźcom znoszonych ubrań i pluszaków. Tak pomagają ci, którzy mają i rozum i uczucia.

 

Artykuł ukazał się na stronie tygodnika Echo24.cz.

Wrzesień 2015

Tłumaczył Artur Wołek