Potencjalna i realna współpraca polsko-rumuńska w kontekście polityki wschodniej UE

Położenie geopolityczne Polski i Rumunii co najmniej od czasów międzywojennych jest pod wieloma względami bardzo podobne. Po I wojnie światowej oba kraje stanowiły wysunięte najbardziej na wschód twierdze cywilizacji zachodniej. Znajdujący się po drugiej stronie granicy Związek Sowiecki rościł pretensje terytorialne zarówno do Polski, jak i do Rumunii oraz prowadził przeciwko tym państwom różnego rodzaju działania propagandowe i wywiadowcze. Z drugiej strony oba kraje stanowiły, jak często wówczas podkreślano „bastiony cywilizacji łacińskiej na Wschodzie” (Polska głównie z powodu katolicyzmu, zaś Rumunia głównie z powodu języka, lecz również z powodu dążenia obu krajów do kultury zachodniej). Nic więc dziwnego, że zawarto sojusz, który później został w pewnym sensie zrealizowany w formie pomocy dla polskich uchodźców w 1939 roku (sprawa internowania rządu jest odrębnym tematem).

W epoce komunistycznej Polska nie prowadziła w zasadzie żadnej polityki zagranicznej niezależnej od Związku Sowieckiego. Trochę inaczej było z Rumunią, gdzie Kreml poluzował trochę więzy i pozwolił Nicolae Ceaușescuna większą swobodę. Rumuński dyktator początkowo próbował zbliżenia z PRL, lecz w Warszawie nie wykazano żadnego zainteresowania taką opcją, wobec czego została ona zarzucona. W odniesieniu do czasów totalitaryzmu trudno więc mówić o kontynuacji sojuszu polsko-rumuńskiego.

 

Sytuacja zmieniła się diametralnie po upadku komunizmu i rozpadzie ZSRS. Oba kraje zaczęły graniczyć ze strefą postsowiecką o różnym poziomie rozwoju, zarówno ekonomicznego, jak i narodowego i społecznego. Granicząca z Polską Litwa relatywnie szybko weszła na tory integracji ze strukturami świata zachodniego. Białoruś – odwrotnie. Z perspektywy Bukaresztu najważniejsza była Republika Mołdawii, która w naturalny sposób ciążyła ku Rumunii oraz, w konsekwencji, ku Zachodowi, jednakże hamulce w postaci rosyjskiej armii, separacji Naddniestrza oraz silnej mniejszości rosyjskiej spowodowały, iż kraj ten nie był w stanie podążyć drogą państw bałtyckich. Największym i chyba najtrudniejszym, a do tego wspólnym sąsiadem Polski i Rumunii stała się Ukraina, gdzie ścieranie się rozmaitych interesów utrudnia prowadzenie spójnej i jednokierunkowej polityki zagranicznej.

 

Przez kilkanaście lat Polska i Rumunia prowadziły prawie identyczną politykę na kierunku zachodnim. O ile Warszawa już na początku lat dziewięćdziesiątych rozpoczęła zdecydowany kurs na integrację ze strukturami europejskimi i euroatlantyckimi, o tyle w przypadku Rumunii o przyjęciu takiej linii można mówić dopiero w odniesieniu do lat 1995-1996, kiedy ekipa Iliescu zaczęła powoli rozważać korzyści płynące z takiej orientacji, a niedługo później do władzy doszła koalicja partii demokratycznych i prozachodnich. Przez następną dekadę, a nawet trochę dłużej, Polska i Rumunia szły identycznym torem współpracy, a następnie integracji z NATO i UE, bliskich stosunków ze Stanami Zjednoczonymi i udziału w misjach wojskowych w Afganistanie i Iraku.

 

Sytuacja zaczęła się zmieniać pod koniec pierwszej dekady XXI wieku. Polskie władze coraz mocniej akcentowały konieczność ocieplenia stosunków z Rosją, a do stosunków transatlantyckich przykładały coraz mniejszą wagę. Rumunia poszła odmienną drogą, niezmiennie trwając jako główny sojusznik Stanów Zjednoczonych w regionie. Tendencja ta osiągnęła kulminację w październiku 2013 r., kiedy w Rumunii rozpoczęto budowę tarczy antyrakietowej, podczas gdy w Polsce projekt ten był już dawno zapomniany. Tym niemniej Polska często wymieniana jest wraz z Rumunią (i vice versa) w kontekście współpracy euroatlantyckiej podczas spotkań dyplomatycznych i w doniesieniach prasowych. Teoretycznie, w przypadku nawet delikatnej zmiany koniunktury światowej, można podjąć współpracę bilateralną lub w porozumieniu z jeszcze innym państwem – głównie chodzi tu o Stany Zjednoczone, choć należy zauważyć, że w ostatnim okresie mówi się również o możliwej kooperacji w gronie Warszawa-Bukareszt-Stambuł.

 

Kolejnym wymiarem, gdzie interesy polskie są często współbieżne z rumuńskimi, jest działalność w ramach Unii Europejskiej. Oba kraje w dużym stopniu konsumują – przynajmniej na razie – pomoc UE, co potencjalnie może być przyczyną nie tylko dość oczywistej rywalizacji o środki budżetowe, lecz również współpracy na rzecz ich bardziej sprawiedliwego dzielenia. Oprócz tego w rozmaitych statystykach unijnych Polska sytuuje się bardzo często w pobliżu Rumunii (zazwyczaj nasz kraj wypada nieznacznie lepiej), w związku z czym można wspólnie walczyć o wiele bardzo szczegółowych rozwiązań, chociażby w rolnictwie, czy we wspieraniu innowacyjności.

 

Jedno z największych pól do wspólnego dziania otwiera jednak perspektywa Partnerstwa Wschodniego i współpracy na rzecz zbliżenia Ukrainy i Republiki Mołdawii do Unii Europejskiej. Poprawa stosunków pomiędzy tymi państwami i UE, ich stopniowa demokratyzacja, a w dłuższej perspektywie – przystąpienie do Unii – niezmiernie opłaca się zarówno Polsce, jak i Rumunii. W ten sposób poszerza się sferę demokracji i bezpieczeństwa. W ramach Partnerstwa Wschodniego (a również szerzej – wschodniej polityki Unii Europejskiej) możliwe jest współdziałanie Polski i Rumunii. Tego typu sojusz wręcz narzuca się po pobieżnym spojrzeniu na mapę Europy. Rumuni początkowo podchodzili do Partnerstwa Wschodniego z dużą nieufnością (co wynikało m.in. z faktu, że obawiali się, że ten projekt zagrozi innym inicjatywom w rejonie Morza Czarnego), jednakże w miarę upływu czasu coraz bardziej przekonywali się, że jest to korzystna dla nich idea. Dlatego też współpraca polsko-rumuńska jest możliwa na różnych poziomach kompetencji i w różnych obszarach tematycznych.

 

Przede wszystkim dość łatwo, jak się zdaje, można pozyskać Rumunię jako sojusznika w sprawie nadania priorytetów we wschodniej polityce Unii, a także w kwestii ewentualnego rozszerzenia UE. Obecnie widzimy dość duży nacisk Brukseli na integrację Bałkanów Zachodnich. 1 lipca 2013 r. państwem członkowskim została Chorwacja – kolejny po Słowenii kraj postjugosłowiański. To zmienia trochę układ sił na Półwyspie Bałkańskim i stanowi jasny sygnał, że Bruksela widzi następne państwa w drodze do integracji. Dla Rumunii obszar Bałkanów Zachodnich nie jest – i nigdy nie był – priorytetowy. Rumunia utrzymuje poprawne stosunki z państwami tego regionu (z Serbią, dzięki tradycjom oraz relatywnie licznych wzajemnych mniejszościach narodowych, trochę lepsze niż poprawne), jednakże wydaje się, że są one postrzegane w Bukareszcie raczej jako rywale niż potencjalni sojusznicy. Rumunia nie będzie blokować akcesji unijnej Bałkanów Zachodnich, nie będzie też powodować opóźnień w realizacji planów, jednakże jej politycy widzą żywotny interes swojego kraju raczej na obszarze postsowieckim niż postjugosłowiańskim. Polska ma dość podobne spojrzenie na te kwestie – popiera dążenia Chorwacji i innych krajów Bałkanów Zachodnich, jednakże posiada inne priorytety co do kierunku rozszerzenia Unii. Połączenie sił Polski i Rumunii ułatwiłoby zatem kierowanie machiny integracyjnej na tory bardziej korzystne dla obu tych państw, czyli w stronę Europy Wschodniej, Ukrainy i Republiki Mołdawii. Ta sama uwaga tyczy się Partnerstwa Wschodniego – kraje Kaukazu są istotne, jednakże zarówno dla Polski, jak i dla Rumunii ważniejsi są ich sąsiedzi.

 

Dla Rumunii Partnerstwo Wschodnie oraz cała w ogóle polityka wschodnia UE to przede wszystkim Republika Mołdawii. Z krajem tym łączą Rumunię bardzo bliskie więzy. Obecne terytorium tego państwa było część dawnego Księstwa Mołdawskiego, oderwanego od macierzy przez Rosję w 1812 roku. Pomimo prawie dwustu lat (z przerwą na okres międzywojenny, kiedy tereny te wróciły do Rumunii) intensywnej rusyfikacji i wynaradawiania, zachował się tam język i kultura rumuńska, oczywiście z pewną specyfiką lokalną. Wielu Rumunów, w tym ważnych polityków, traktuje Republikę Mołdawii wręcz jako „drugie państwo rumuńskie”.  W środowisku zbliżonym do Partii Narodowo-Liberalnej otwarcie mówi się o „zjednoczeniu” (unirea). Również inne opcje polityczne wspominają o jakiejś formie koegzystencji z Republiką Mołdawii. Prezydent Traian Băsescujest np. zwolennikiem nadawania obywatelstwa rumuńskiego obywatelom Republiki Mołdawii. Postkomuniści zrzeszeni w Partii Socjaldemokratycznej są tu najbardziej wstrzemięźliwi, lecz również oni – podobnie jak dwie pozostałe duże partie – popierają dążenia Kiszyniowa do integracji unijnej.

 

Przystąpienie Republiki Mołdawii do Unii Europejskiej jest jednym z najważniejszych priorytetów polityki zagranicznej Rumunii. Polska również popiera tę ideę, gdyż jest ona zbieżna z polskim interesem narodowym. Bliższa współpraca Warszawy i Bukaresztu, koordynacja działań na rzecz jak największego zbliżenia Republiki Mołdawii do Unii Europejskiej, a także NATO, a w dłuższej perspektywie na rzecz przystąpienia tego kraju do obu organizacji jest możliwa i jest korzystna dla obu stron – a także dla Kiszyniowa. Polska powinna również dążyć do rozwiązania problemu Naddniestrza z uwzględnieniem postulatów mołdawskich, rumuńskich, ukraińskich i unijnych oraz przy zagwarantowaniu poparcia wspólnoty międzynarodowej.

 

W przypadku poparcia dla prozachodnich Ukrainy możliwa jest również daleko idąca współpraca na linii Warszawa-Bukareszt. Obu państwom opłaca się, aby Ukraina była jak najbliżej Unii, jak najbliżej struktur zachodnich, a w przyszłości – niestety raczej dalekiej – została również członkiem zachodnich organizacji. Stosunki rumuńsko-ukraińskie poprawiły się po zakończeniu w 2009 r. konfliktu o Wyspę Węży. Obecnie Rumunia popiera Ukrainę, choć oczywiście nie tak mocno, jak Republikę Mołdawii. Tym niemniej wokół tej idei da się zbudować silne porozumienie polsko-rumuńskie.

 

Co można zrobić dziś? Przede wszystkim należy zintensyfikować wzajemną wymianę informacji oraz zwiększyć częstotliwość dwustronnych konsultacji. Negatywnym przykładem są tu wydarzenia z kwietnia 2009 r. z Kiszyniowa. Bardzo duża determinacja Rumunów działających w instytucjach UE nie została odpowiednio poparta przez czynniki polskie i to pomimo dobrych chęci oraz rzeczywistego zaangażowania wielu ludzi.

 

Trzeba jednak zauważyć, że – być może dzięki lekcji z 2009 r. – wymiana informacji i koordynacja działań przebiega lepiej niż jeszcze kilka lat temu. Pewną rolę odgrywa tu bliskość w personalnych stosunkach premiera Donalda Tuska i jego rumuńskiego odpowiednika Victora Ponty oraz osobiste zaangażowanie ministra spraw zagranicznych Radosława Sikorskiego w sprawę Republiki Mołdawii. Te korzystne tendencje należy wykorzystać w celu zacieśnienia współpracy i stworzenia wspólnego modus operandi, silnego, opartego nie o ludzi, lecz o instytucje, aby przetrwał on zmiany personalne.

 

Projektem trudnym (na pierwszy rzut oka wręcz mało realnym) lecz bardzo opłacalnym dla obu krajów, może być budowa autostrady Gdańsk-Konstanca, biegnącej przez Warszawę, Podkarpacie, wschodnią Słowację, wschodnie Węgry, Transylwanię oraz Bukareszt. Tego typu połączenie nie tylko zbliżyłoby Polskę i Rumunię, lecz również stworzyłoby nową drogę przepływu towarów do krajów UE; byłaby to alternatywa dla istniejącej sieci połączeń drogowych.

 

Sojusz z Rumunią może być ważnym elementem większej całości, tzn. budowania bloku państw Europy Środkowo-Wschodniej, połączonych wspólnym losem, historią, interesami i sytuacją geopolityczną. Aby coś wnieść do tak nakreślonego bloku, Polska może popierać a priori wszystkie postulaty Rumunii oraz innych krajów regionu w przypadku, gdy nie zagrażają one naszym interesom – a takich przypadków jest zdecydowana większość.