Wpływ Brexitu na sytuację państw Europy Środkowej w UE

Marcin Kędzierski

Marcin Kędzierski

Wykładowca Uniwersytetu Ekonomicznego w Krakowie, dyrektor Centrum Analiz Klubu Jagiellońskiego.

Decyzja o opuszczeniu przez Wielką Brytanię Unii Europejskiej, podjęta przez mieszkańców Wysp w referendum z 23 czerwca 2016 roku, w symboliczny sposób domyka szereg negatywnych zjawisk, których Wspólnota doświadczyła w ostatnich kilku latach. Począwszy od kryzysu finansowego i gospodarczego z 2008 roku, przez kryzys zadłużenia, którego najsilniejszym objawem jest trwająca już pół dekady „grecka tragedia”, dalej aneksję Krymu i wojnę na wschodniej Ukrainie, wreszcie po kryzys migracyjny, UE ulega stopniowej dezintegracji. Brexit jest pierwszym faktycznym przejawem tej dezintegracji, która będzie mieć daleko idące skutki dla całej architektury politycznej i gospodarczej w Europie, w tym dla sytuacji państw Europy Środkowej. I to niezależnie od tego, czy sama dwuletnia procedura wyjścia z UE, przewidziana w art. 50 Traktatu Lizbońskiego, która zgodnie z zapowiedziami premier Wielkiej Brytanii Theresy May ma zostać uruchomiona do końca marca 2017 roku, rzeczywiście doprowadzi do wielkiego rozwodu Zjednoczonego Królestwa z Brukselą.

Marcin Kędzierski

Wykładowca Uniwersytetu Ekonomicznego w Krakowie, dyrektor Centrum Analiz Klubu Jagiellońskiego.

Obserwowane od kilku lat procesy dezintegracyjne wewnątrz Wspólnoty mają bardzo wiele przyczyn o charakterze zarówno społeczno-gospodarczym, jak i (geo)politycznym. Za główny czynnik uznać można jednak słabości strukturalne unii walutowej. Spośród 12 państw, które utworzyły strefę euro, jedynie kilka spełniało kryteria tzw. optymalnego obszaru walutowego – wśród nich prym wiodły Niemcy ze swoją marką oraz Holendrzy z guldenem. W rezultacie kraje, które do końca lat 90. konkurowały na europejskim i globalnym rynku za sprawą słabszej waluty, a co za tym idzie niższej ceny produkowanych dóbr i usług, nagle straciły swoją przewagę. Pomimo ogromnych środków przeznaczonych na politykę spójności, która w tych latach trafiała do krajów Południa, a obecnie kierowana jest do nowych państw członkowskich, państwom tym nie udało się nadrobić dystansu technologicznego do państw Północy (Niemcy, Holandia, Austria, Skandynawia). Niezależnie od problemów z wydatkowaniem tych środków (korupcja, nietrafione inwestycje infrastrukturalne etc.), fundusze europejskie były zbyt małe, by zrekompensować straty wynikające z utraty konkurencyjności. W rezultacie sytuacja gospodarek państw, które weszły w skład unii walutowej, pogarszała się z roku na rok. A Unia Europejska, wbrew prowadzonej polityce spójności, ulegała postępującej dywergencji. Pierwszą ofiarą tego procesu była wspomniana już Grecja, ale w kolejce czekają kolejne państwa Południa.

Czy jednak dywergencja gospodarcza musi przełożyć się na dezintegrację polityczną? Wydaje się, że tak. Jednym z istotnych argumentów przemawiających za tak postawioną tezą jest historia UE, która na poważnie rozpoczęła się w 1952 roku od powołania Europejskiej Wspólnoty Węgla i Stali. Choć od lat 50. XX wieku pojawiało się wiele inicjatyw współpracy o charakterze politycznym, warto pamiętać, że integracja realnie dotyczyła głównie sfery gospodarki – utworzenie strefy wolnego handlu (1957), unii celnej (1978), rynku wewnętrznego (1987) czy wreszcie unii gospodarczo-walutowej (1993). Jednocześnie idea integracji napotykała na poważne trudności, kiedy w grę wchodziły kwestie współpracy politycznej, czego najlepszym dowodem niech będzie klęska Traktatu Konstytucyjnego, odrzuconego w referendach we Francji i Holandii. Co więcej, tempo integracji europejskiej od samego początku było ściśle skorelowane z sytuacją gospodarczą. Nie jest bowiem przypadkiem, że proces integracji wyhamował na okres dekady w latach 70. XX wieku, kiedy świat borykał się z globalnym kryzysem stagflacji spowodowanej m.in. upadkiem systemu z Bretton Wood i szokami naftowymi.

Oczywiście Unia Europejska potrafi lepiej lub gorzej, ale jednak radzić sobie z dotychczasowymi kryzysami gospodarczymi. Nie można jednak zapominać, że skala skutków „greckiej tragedii” jest nieporównywalna z efektem tsunami, które może przejść przez Europę w przypadku załamania się gospodarki Włoch czy Hiszpanii. Ale prawdziwym zabójczym ciosem dla Unii Europejskiej jaką znamy będzie dopiero kryzys, który trwale podważy fundamenty gospodarki francuskiej. Francja uznawana jest bowiem za drugi obok RFN motor integracji. Ale potencjał tych dwóch państw, nawet pomimo problemów, jakie dotykają dziś Niemcy, staje się coraz bardziej asymetryczny. Warto przypomnieć, że jeszcze w 2007 roku kanclerz Angela Merkel mogła mówić o europejskim triumwiracie, złożonym z Berlina, Paryża i Londynu. Dziś to melodia przeszłości. Londyn przestał aspirować do roli jednego z trzech przywódców UE na długo przed Brexitem, natomiast Paryż utrzymuje się na powierzchni wyłącznie za sprawą aktywności swej polityki europejskiej i pewnej inercji, wynikającej z funkcjonowania poszczególnych polityk europejskich. Ale sytuacja ta może nie potrwać długo – testem będą negocjacje nad kolejną unijną perspektywą finansową na lata 2021-2027.

Dlatego trudno się dziwić, że przywódcy Francji i Włoch starają się wykorzystać może ostatnią szansę na pchnięcie projektu europejskiego w korzystną dla nich stronę. Wyrazem tej aktywności może być spotkanie na wyspie Ventotene, podczas którego premier Włoch Matteo Renzi, w obecności prezydenta Francji i kanclerz Niemiec, przedstawił swoją wizję reformy Unii Europejskiej. Wizji, która przez sam fakt wyboru miejsca spotkania odwoływała się do tzw. manifestu z Ventotene, w którym Altiero Spinelli wraz ze swoimi towarzyszami postulował utworzenie ponadnarodowego państwa europejskiego. W praktyce obecna propozycja Włoch i Francji wzywa do dalszego pogłębienia integracji, co w świetle kłopotów wiszących nad państwami Południa oznacza przeniesienia części ryzyka na Berlin.

Taki kierunek zmian w Europie jest z oczywistych powodów nie na rękę Niemcom, nawet jeśli ich pozycja w wyniku opuszczenia przez Brytyjczyków Wspólnoty rośnie – wszak nawet w geograficznym sensie wraz z Brexitem centrum Unii przesuwa się na wschód, nie wspominając już o możliwości przejęcia kolejnych ważnych stanowisk w instytucjach europejskich, w których Niemcy czują się jak ryba w wodzie, czy wreszcie o instytucjach finansowych, które mogą przenieść się do Frankfurtu. Nolens volens, to właśnie od postawy polityków niemieckich będzie zależała przyszłość projektu integracyjnego. Pytanie, jak Berlin się zachowa, a po drugie, jakie będą rzeczywiste skutki zachodzących obecnie procesów dla RFN, są kluczowe dla zidentyfikowania wyzwań, które w wyniku Brexitu stają przed Polską i innymi państwami naszego regionu.

Sytuacja Niemiec, także z powodów wewnętrznych, jest dziś bardzo złożona. Można jednak wskazać kilka kluczowych elementów, które będą (a przynajmniej powinny) determinować politykę zagraniczną Berlina w najbliższych latach. Po pierwsze, Niemcy będą starały się utrzymać strefę euro jako narzędzie wspierające konkurencyjność ich gospodarki tak długo, jak to będzie możliwe, czyli dopóki koszty wynikające m.in. ze świadczeń wyrównawczych na rzecz państw Południa nie okażą się zbyt wysokie. Po drugie, będą dążyć do silniejszej integracji z państwami Północy, które będą sojusznikami w sporach z państwami europejskiego Południa, i które jednocześnie będą umożliwiały budowanie potencjału niezbędnego do konkurowania na globalnym rynku (współpraca technologiczna). Po trzecie, będą dążyły do utrzymania dobrych relacji gospodarczych z państwami naszego regionu, ponieważ jesteśmy dla nich cennym rynkiem zbytu oraz zapleczem taniej siły roboczej, dzięki której niemieckie firmy zwiększają swoją konkurencyjność i od lat są liderami globalnego eksportu. Po czwarte wreszcie, ze względu na szereg uwarunkowań natury historycznej i społecznej, raczej nie będą chciały pójść na konfrontację z Rosją.

Mając na uwadze powyższe wnioski trudno jednoznacznie wskazać zarówno precyzyjną strategię polityki europejskiej Warszawy (i innych stolic środkowoeuropejskich) po Brexicie, jak i możliwe skutki toczących się procesów dezintegracyjnych. Sytuacja ta rodzi określone szanse i zagrożenia. Szansą jest z pewnością otwarcie procesu reformy instytucjonalnej UE, która może być korzystna z perspektywy naszego kraju. Problem w tym, że trudno wskazać dziś, który kierunek zmian jest dla nas faktycznie optymalny. Od kilkunastu lat funkcjonowaliśmy bowiem w paradygmacie, zgodnie z którym w interesie Polski leżało wzmacnianie metody wspólnotowej kosztem metody unijnej (międzyrządowej). Ostatnie kilkanaście miesięcy pokazały jednak, że Komisja czy Parlament Europejski niekoniecznie są najskuteczniejszymi obrońcami naszych interesów. Jeśli uznamy, że to jednak metoda unijna jest dla nas korzystniejsza, wtedy możemy szukać wsparcia ze strony Berlina, który nie jest w tym momencie zainteresowany pogłębianiem metody wspólnotowej, i co ważne traktuje nas jako państwo Północy. W takim układzie Polska i pozostałe państwa regionu mogłyby stanowić dla RFN swoistą przeciwwagę (oczywiście z zachowaniem proporcji), kluczową dla utrzymania spójności Unii nie jako tworu niemieckiego, czego w istocie najbardziej obawiają się sami Niemcy, ale wspólnoty kilkunastu państw. Pytanie tylko, czy będą oni w stanie przeskoczyć mentalną barierę polegającą na niezdolności wyobrażenia sobie takiego układu, który jednocześnie wiązałby się z koniecznością zakwestionowania specjalnych relacji z Rosją, odgrywa fundamentalną rolę dla oceny skutków Brexitu dla Polski. Wydaje się, że niestety jest to mało prawdopodobne, i to samo w sobie stanowi dla nas spore zagrożenia, gdyż Berlin niejako z przymusu będzie bardziej skłonny do szukania przeciwwagi na Zachodzie i Południu, a to oznacza konieczność akceptacji choć części francusko-włoskich propozycji. Zresztą opcja ta jest zagrożeniem nie tylko dla nas – wybór tej ścieżki będzie bowiem oznaczał, poza wypchnięciem naszego regionu na margines, także stosunkowo szybki kres Unii Europejskiej.

Podsumowując, Brexit nie uruchomił procesów dezintegracyjnych, ale nadał im określony bieg, którego końca nie jesteśmy jeszcze nadal w stanie przewidzieć. Co więcej, trwale zmienił on geometrię Unii – zmiany te będą o tyle silniejsze, o ile bardziej burzliwy będzie proces wychodzenia z UE. W tej nowej geometrii kluczowa rola przypada Niemcom, którzy staną przed ogromnym dylematem wyboru kierunku, w którym będą chcieli poprowadzić Wspólnotę. Biorąc pod uwagę ich wewnętrzne słabości, stwarza się dla Polski window of opportunity do zbudowania nowego motoru integracji w Europie Środkowej. Jednak szanse powodzenia takiego projektu zależą nie tylko od tego, czy będziemy w stanie przygotować autorską koncepcję reformy UE, ale przede wszystkim od gotowości Berlina do porzucenia filozofii Russia first.

 

Październik 2016

 

Tekst powstał w ramach projektu „Regionalny Ośrodek Debaty Międzynarodowej w Krakowie, 2016-2018”. Projekt współfinansowany przez Ministerstwo Spraw Zagranicznych Rzeczypospolitej Polskiej. Publikacja wyraża jedynie poglądy autora i nie może być utożsamiana z oficjalnym stanowiskiem Ministerstwa Spraw Zagranicznych RP.

Tekst jest dostępny na licencji Creative Commons Uznanie autorstwa 3.0 Polska. Pewne prawa zastrzeżone na rzecz Ośrodka Myśli Politycznej. Utwór powstał w ramach konkursu Regionalny Ośrodek Debaty Międzynarodowej 2016-2018. Zezwala się na dowolne wykorzystanie utworu, pod warunkiem zachowania ww. informacji, w tym informacji o stosowanej licencji, o posiadaczach praw oraz o konkursie Regionalny Ośrodek Debaty Międzynarodowej 2016-2018.